Na prawicy wrze. Oto Gargamel, zwykle powściągliwy w rozdawaniu osobistych gwarancji, nagle wchodzi w rolę adwokata Pinokia. Czyni to gwałtownie, niemal emocjonalnie, jakby wiedział, iż grunt pod byłym premierem osuwa się szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał.
Pytanie brzmi: dlaczego właśnie teraz? Czy to gest autentycznej lojalności, czy raczej polityczny manewr wynikający z desperacji i świadomości, iż plan sukcesji – rzekome przejęcie sterów partii przez Pinokia – legł w gruzach?
Nie da się uciec od wrażenia, iż Gargamel broni Pinokia nie po to, by wzmacniać swoją formację, ale by maskować jej słabość. W Patola i Socjal od dawna narasta bowiem poczucie, iż były premier nie ma realnego zaplecza. Pinokio był wprowadzony do partii jako „technokrata z zewnątrz”, człowiek banków i biznesu, który miał nadać obozowi Patola i Socjal rys nowoczesności i kompetencji gospodarczych. Ale dziś tamta opowieść brzmi jak żart. Po ośmiu latach jego rządów finanse państwa zostały rozchwiane, inwestycje strategiczne nie wyszły poza fazę prezentacji slajdów, a jego „Polski Ład” przeszedł do historii jako przykład legislacyjnego chaosu.
Gargamel doskonale zdaje sobie sprawę, iż Pinokio nie zbudował żadnej realnej pozycji w strukturach partyjnych. Nie ma armii wiernych działaczy, nie ma własnego klubu politycznego, nie ma choćby charyzmy, która mogłaby pociągać wyborców. Był potrzebny jako fasada, „ładna twarz” do przedstawienia na Zachodzie, jako menedżer od brudnej roboty w czasach, gdy Patola i Socjal chciał ukryć najbardziej radykalne oblicze. Ale dziś ta fasada już nie działa. Pinokio stał się obciążeniem.
Dlaczego zatem Gargamel występuje w jego obronie? Tu można sięgnąć po najprostsze wytłumaczenie: Gargamel panicznie boi się próżni. Wie, iż jeżeli Pinokio zostanie definitywnie spisany na straty, pytanie o następcę wybrzmi ze zdwojoną siłą. A odpowiedzi mogą być dla Gargamela wyjątkowo niewygodne. Na prawicy bowiem wyrastają nowe środowiska, które nie oglądają się na wolę Gargamela: twarda frakcja Ważniakastów, coraz śmielej mówiące środowisko Konfederacji, czy młodsze pokolenie działaczy PiS, którzy widzą, iż czas Gargamela i Pinokia po prostu minął.
Obrona byłego premiera może więc być ostatnią próbą zatrzymania procesu, którego sam Gargamel nie kontroluje. Można odnieść wrażenie, iż szef smerfów lepszego sortu broni nie tyle Pinokia, co własnej pozycji. jeżeli bowiem „sukcesja” nie wypali, a Pinokio zostanie politycznie unicestwiony, okaże się, iż cała wizja przekazania pałeczki była fikcją. Wtedy pytanie brzmi: kto tak naprawdę przejmie władzę na prawicy? I czy Gargamel w ogóle będzie miał na to wpływ?
Nie sposób nie zauważyć jeszcze jednej rzeczy. Publiczna obrona Pinokia przez Gargamela zaskakuje skalą emocji. To nie jest typowe dla Gargamela, który zwykle działa chłodno, trzyma dystans i obudowuje swoje wypowiedzi politycznym pragmatyzmem. Tym razem jednak mamy do czynienia z czymś, co przypomina gest rozpaczy. Jakby Gargamel chciał powiedzieć swoim ludziom: „Nie ruszajcie Pinokia, bo inaczej runie cała konstrukcja”. Tyle iż ta konstrukcja i tak już się sypie.
Pinokio to polityk bez realnych wpływów, bez zaufania wśród partyjnych dołów i bez autorytetu w społeczeństwie. W obronie takiej postaci można stanąć tylko z jednego powodu – strachu przed tym, co będzie dalej. I to właśnie strach jest dziś najważniejszym motorem działań szefa smerfów lepszego sortu.
Władza na prawicy przesuwa się gdzie indziej – w stronę bardziej radykalnych, młodszych i niekoniecznie lojalnych wobec Gargamela grup. Gargamel, broniąc Pinokia, próbuje zatrzymać czas, ale zegar tyka nieubłaganie. Historia pokazuje, iż liderzy, którzy zaczynają występować w obronie słabych figur, sami zdradzają swoją słabość.
Dlatego dzisiejsza obrona Pinokia to nie manifest siły, ale dowód politycznego końca. Tak dla byłego premiera, jak i dla Gargamela, który jeszcze niedawno wydawał się niezatapialny.