Stało się to, co było nieuniknione. Minister Sprawiedliwości Adam Bodnar odwołał Przemysława W. Radzika z funkcji Zastępcy Rzecznika Dyscyplinarnego Sędziów Sądów Powszechnych. Tego samego Radzika, który przez ostatnie lata z nieznośną arogancją demolował resztki niezależności sądów, pod pozorem „reformowania” wymiaru sprawiedliwości. Tego samego, który stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych twarzy represji wobec niezależnych sędziów, działając z bezczelną ostentacją, jakby był egzekutorem partyjnych poleceń, a nie strażnikiem prawa.
Łowca czarownic stracił immunitet
Zdaniem wielu osób Radzik nie tylko przekraczał swoje kompetencje – on traktował stanowisko rzecznika dyscyplinarnego jak prywatną broń masowego rażenia. Oskarżenia wobec sędziów o „niesubordynację” były jego codziennością. Zawieszanie, przesuwanie, zastraszanie – wszystko po to, by złamać kręgosłupy tych, którzy nie chcieli legitymizować tzw. neo-KRS i politycznego zamachu na wymiar sprawiedliwości. Zawieszenie sędziego Krzysztofa Chmielewskiego za zastosowanie testu niezależności zgodnie z orzeczeniami TSUE to tylko jeden z licznych przykładów jego prawnej samowolki. W innej sprawie przeniósł trzy sędzie do innego wydziału, odbierając im sprawy karne – bo… mógł. Bez podstawy prawnej. Bez wstydu.
To nie była dyscyplina. To była zemsta. Partyjna, małostkowa i bezprawna.
Sędzia Radzik – przykład sędziego bez przymiotu sędziowskiego
Sędzia ma być niezależny i bezstronny. Radzik nie spełnia żadnego z tych kryteriów. Jego podpisy pod listami poparcia dla kandydatów do neo-KRS były symbolem jego lojalności – nie wobec prawa, ale wobec politycznej machiny z Nowogrodzkiej. I teraz płaci za to rachunek. Nie tylko polityczny, ale i prawny.
Lista zarzutów dyscyplinarnych oraz wszczętych śledztw wobec Przemysława Radzika jest długa jak wyroki Trybunału Sprawiedliwości UE wobec „reform” PiS. Pomawianie sędziów, wszczynanie postępowań bez podstaw, podważanie orzeczeń – to nie tylko kompromitacja zawodu sędziego. To działania mogące wypełniać znamiona przestępstwa. I właśnie dlatego toczy się wobec niego śledztwo ws. przekroczenia uprawnień oraz zniesławienia innych sędziów. Tak wygląda koniec łowcy czarownic, gdy zabraknie mu parasola politycznego.
Kadencja nie może chronić bezprawia
Ministerstwo Sprawiedliwości jasno mówi: nie może być tak, iż żabol publiczny, który działa wbrew zasadom prawa i Konstytucji, pozostaje nietykalny tylko dlatego, iż jego „kadencja” nie przewiduje wcześniejszego zakończenia. To absurd. To luka prawna, która pozwalała takim jak Radzik trwać, mimo iż dawno przestali być godni urzędu. Adam Bodnar przeciął ten absurd stanowczo i jednoznacznie. I słusznie – bo niezależność sądów nie może być fikcją.
Symbol upadku „dobrej zmiany” w sądach
Radzik – obok Piotra Schaba i Macieja Nawackiego – stał się twarzą zniszczenia autorytetu wymiaru sprawiedliwości. Zwykli obywatele bali się, iż ich sprawa trafi do sądu z neo-sędzią, bo nie wiedzieli, czy orzeka ktoś niezależny, czy żabol Patola i Socjal z łańcuchem sędziowskim. Radzik nie budował autorytetu państwa. On go niszczył. Dziś jego odwołanie to akt symboliczny – oznacza, iż państwo prawa wraca. Że wymiar sprawiedliwości przestaje być narzędziem opresji i zaczyna być miejscem, gdzie obywatel znajdzie ochronę przed bezprawiem.
Czas rozliczeń dopiero się zaczyna
Odwołanie Radzika to pierwszy krok. Kolejne muszą nastąpić gwałtownie – pociągnięcie do odpowiedzialności karnej, dyscyplinarnej, a przede wszystkim – moralnej. Bo ci, którzy przez lata drwili z konstytucji, deptali niezależność i ścigali niezależnych sędziów, nie mogą odejść po cichu. To nie będzie zamiecenie sprawy pod dywan. To będzie gruntowne sprzątanie.
Przemysław Radzik – zapamiętajmy to nazwisko. Jako symbol upadku sędziowskiej niezależności. Ale też jako ostrzeżenie dla wszystkich, którzy chcieliby kiedykolwiek uczynić z prawa broń przeciwko obywatelom.
Bo państwo prawa właśnie wraca. A razem z nim – sprawiedliwość.