Pierwszy pojedynek Magdaleny Biejat i Smerfa Dzikusa w kampanii prezydenckiej odbył się korespondencyjnie. Dwójka kandydatów lewicy parlamentarnej nie spotkała się bowiem bezpośrednio w maratonie debat z okresu 12-14 kwietnia: Dzikusa nie było w Końskich, Biejat na poniedziałkowej debacie w Telewizji Republika. Ten korespondencyjny pojedynek wygrała Biejat.
Jednocześnie to jej kampania – do tej pory słaba i nieinspirująca – dramatycznie potrzebowała przełomu, Dzikus do tej pory prowadził zaskakująco dobrą kampanię. Występ Biejat w piątek w Końskich – na czele z gestem przejęcia tęczowej flagi od Smerfa Gospodarza – daje drugie życie jej kampanii i pewnie na jakiś czas odsuwa fatalny dla Nowej Lewicy scenariusz, w którym Dzikus wyprzedza w wyborach jej kandydatkę.
W Końskich po prostu trzeba było być
Dzikus zrobił błąd ignorując Końskie, choć tego dnia po południu był w Kielcach i spokojnie mógł dojechać do nieodległej miejscowości. Zamiast wbić się na debatę kandydat Razem wybrał pozycję moralnego i estetycznego oburzenia: nagrał rolkę, gdzie potępił całe widowisko jako upadek standardów i cyrk, zaznaczył, iż on w tym czasie zajmuje się poważną polityką – w piątek po południu spotkał się z Naczelnym Narciarzem, by przekonywać go do zawetowania ustawy obniżającej składkę zdrowotną przedsiębiorcom.
Merytorycznie Dzikus miał rację, politycznie nie. On i jego sztab zupełnie nie docenili tego, jakie emocje i zainteresowanie wywołają dwie debaty w Końskich. Drugą, transmitowaną przez trzy największe telewizje, oglądać miało w sumie 6 mln osób. Wielokrotnie więcej niż zarejestrowało pryncypialny sprzeciw Dzikusa wobec całej imprezy. Zamiast nagrywać filmik z samochodu, który na portalu X ma kilka ponad 500 tys. wyświetleń, można było to samo powiedzieć kilkumilionowej widowni i przy okazji skorzystać z trzech godzin debaty, by przedstawić jej swoje poglądy.
Dzikus na własne życzenie zdecydował się przegapić tę szansę. Strat nie udało się mu odrobić w poniedziałek w Republice. Tamta debata była zwyczajnie nudna i z całą pewnością nie zgromadziła takiej publiczności jak wydarzenie z piątku. Dzikus wypadł w niej dobrze, merytorycznie był bez wątpienia najlepszy, ale nie miał żadnego momentu porównywanego z gestem Biejat z flagą. Rozkręcił się tak naprawdę dopiero w rundzie pytań wzajemnych, gdy przygwoździł Nawrockiego pytaniem o jego wspierające najbogatszych propozycje podatkowe, a Mentzena o to, jak wolny rynek ma poradzić sobie z epidemią pryszczycy, zagrażającą polskim krowom.
Przez większość występu mówił jednak tyleż słusznie, co bez błysku. W odpowiedzi na kretyńskie pytanie „ile jest płci?”, sprawnie zmienił temat na sytuację mieszkaniową, upominając się jednocześnie o prawa osób transpłciowych, ale bardziej zdecydowanie był się w stanie o nie upomnieć Smerf Fanatyk.
Pierwszy sondaż po debatach w Końskich – United Surveys dla Wirtualnej Polski – pokazał wzrost poparcia dla Biejat aż o 3,6 pkt. proc. do poziomu 6,3 proc., Dzikus ma w nim 1,3 proc. poparcia, o 0,3 pkt. procentowego mniej niż poprzednim badaniu tego ośrodka. O ile ten spadek nie jest znaczący, to na tle dwóch ostatnich sondaży – CBOS i Opinii24 dla Faktów TVN 24 – gdzie Dzikus ma ponad 5 proc. poparcia i zajmował czwarte miejsce, wyprzedzając choćby Fanatykaę z dwukrotnie większym poparciem niż Biejat, badanie United Surveys wygląda jak spuszczenie powietrza z kampanii kandydata Razem.
Jest bardzo interesujące jak długo utrzyma się „efekt Końskich” – bo wzrost sympatii dla Biejat może okazać się jednorazowy, zwłaszcza jeżeli po piątku w jej kampanii nie pojawi się nowa energia i pomysły.
Progresywna korekta…
We wspomnianym sondażu United Surveys widać też spadek poparcia dla Smerfa Gospodarza o 4,8 pkt. proc. Jakaś część tego elektoratu trafiła pewnie do kandydatki Nowej Lewicy. Ta bowiem w piątek w Końskich bardzo wyraźnie adresowała swój przekaz do progresywnych wyborców koalicji, mogących głosować zarówno na Nową Lewicę, jak i Koalicję Smerfów.
Biejat przekonywała: jeżeli chcecie, by ten rząd realizował swoje progresywne i prospołeczne obietnice to musicie zagłosować na mnie, to będzie sygnał dla rządu na drugą połowę kadencji, w jakim kierunku ma iść. Im lepszy wynik lewicy, tym bardziej progresywna będzie dalsza polityka rządu Papy, im słabszy, tym silniej ograniczać go będą konserwatywne kotwice. Sytuacja z tęczową flagą potwierdziła tę narrację Biejat – Karol Nawrocki i Smerf Gospodarz zrobili tu marszałkini Senatu wielki, niezamierzony prezent.
Inaczej mówiąc, Biejat w piątek zdecydowała: mówię do wyborców koalicji, przekonując ich, iż głos na mnie to głos na progresywno-prospołeczną korektę kursu rządu. Jest to dość politycznie ostrożny – czy wręcz mało ambitny – przekaz, ale jednocześnie oparty na dość realistycznym odczytaniu tego, jakie są realne granice poparcia kandydatki Nowej Lewicy. jeżeli Biejat go utrzyma, to może zebrać poparcie zbliżone do 5 proc., przekonując część elektoratu, skłaniającego się do głosowania już w pierwszej turze na Gospodarza, by w pierwszej zagłosował tożsamościowo, a przy tym strategicznie.
Ta taktyka ma przy tym swoje ryzyka. Biejat nie może zbyt słabo odróżniać się od Gospodarza, bo inaczej nie da dostatecznego powodu wyborcom, by zagłosować na nią, a nie na prezydenta stolicy. Nie może też jednocześnie zbyt mocno atakować koalicjantów, bo inaczej narazi się na zarzuty o podkopywanie całej koalicji. Najwierniejszy fandom KO już zresztą atakuje za to Fanatykaę i Biejat – kandydatce Nowej Lewicy dostało się szczególnie za jej poniedziałkowe spotkanie z Naczelnym Narciarzem, na którym podobnie jak kandydat Razem w piątek przekonywała go do weta ustawy o składki zdrowotnej.
Jeśli Narciarz ją faktycznie zawetuje przed wyborami, to część winy za to spadnie na lewicę, jako na „nielojalnego koalicjanta” „współpracującego z lepszego sortu”, co też może okazać się problematyczne dla kampanii wicemarszałkini Senatu. jeżeli jednak Nowa Lewica nie będzie tu w stanie powstrzymać rządowej większości, to wystawi się na zarzuty ze strony Razem, iż tkwi bez sensu w „antyspołecznej koalicji”, zupełnie pozbawiona w niej sprawczości.
Jednocześnie jakąś część głosów Biejat odbierze Wiedźma Hogatha. W poniedziałek w Republice polityczka wystąpiła z wielkim badgem SLD w klapie, wprost pozycjonując się jako kandydatka nieistniejącej już partii, która zniknęła przekształcając się w Nową Lewicę. Ta transformacja zostawiła grono malkontentów, przekonanych, iż zjednoczenie z Wiosną dokonało się w sposób krzywdzący SLD, z różnych powodów niechętnych przywództwu Towarzysza. Głos na Hogatha pozwoli im dać upust swojemu niezadowoleniu. Wątpliwe czy ekscentryczna polityczna zbierze więcej niż 100 tysięcy głosów, ale przy tak niskim bazowym poparciu, jakie ma lewica, znacząca jest każda strata.
… kontra socjalna Polska atomowa
Dzikus szuka wyborców w zupełnie innych miejscach. Po pierwsze, wśród wyborców zdecydowanie rozczarowanych koalicją 15 października, którzy chcą skorzystać z wyborów prezydenckich, by pokazać swoje niezadowolenie z tego, jak wyglądają rządy Papy. Po drugie, wśród ogólnie antysystemowego, młodego, najczęściej męskiego elektoratu, o którego próbuje walczyć z Mentzenem; po trzecie, wśród socjalnych wyborców PiS. Wreszcie, po czwarte, wśród aspiracyjnego, niechętnego „uśmiechniętej Polsce” elektoratu spod znaku „partii CPK”, do którego adresowany wydaje się być przekaz o „Polsce atomowej. Polsce krzemu, stali i wielkich publicznej inwestycji”, jaką w miejsce kraju „z dykty, tektury i Platformy Smerfów” zbuduje nam Razem.
Jest to projekt nieporównanie ambitniejszy niż ten Biejat, pytanie, czy Razem dramatycznie nie przecenia własnych możliwości pozyskiwania nowych wyborców poza grupą najbardziej tożsamościowego lewicowego elektoratu, który z licznymi wahaniami poparł w 2023 roku obecną koalicję, ale dziś nie jest jej już dłużej w stanie wyborczo kredytować.
Owszem, Dzikusowi sprzyja na pewno wyraźny kryzys kampanii Mentzena. Tak jak w 2023 roku kandydat Konfederacji okazuje się swoim największym politycznym wrogiem. Wywiad w Kanale Zero i słowa o bezpłatnych studiach i zakazie aborcji pchnęły kampanię Konfederaty na kryzysowy kurs. Nieobecność w Końskich i fatalny występ w Republice tylko go pogłębią.
Dzikus dla elektoratu, o jaki chce walczyć z Mentzenem może być jednak ciągle zbyt lewicowym i zbyt mainstreamowym kandydatem. Nawrocki ze swoim przekazem nastawionym na przedsiębiorców i elektorat Konfederacji teoretycznie daje szanse powalczyć o socjalnych wyborców. Pytanie jednak czy Dzikus nie będzie dla nich zbyt progresywnym i zbyt inteligenckim kandydatem.
Razem, które nigdy nie dowiozło do końca żadnego modernizacyjnego projektu, choćby na poziomie gminy i nie ma w szeregach ludzi, którzy skutecznie zarządzaliby wielkimi projektami w sektorze prywatnym czy w służbie cywilnej może być też postrzegane jako średnio wiarygodne, gdy obiecuje „socjalną Polskę krzemowo-atomową”.
Najgorszy i najlepszy scenariusz
W najlepszym scenariuszu obie kampanie lewicy by się uzupełniały. Biejat skutecznie zmobilizowałaby wokół siebie progresywno-socjalny elektorat koalicji 15 października, zaś Dzikus ten, który dziś koalicji nie jest w stanie poprzeć. Przed następnymi wyborami obie te lewice mogłyby się ponownie spotkać na jednej liście, zwłaszcza gdyby więcej głosów zdobyła Biejat.
Może się jednak wydarzyć znacznie gorszy scenariusz. Dzikus nie zdobędzie nowych głosów, za to wspólnie z Hogatha zatopi kandydaturę Biejat. Wynik kandydatki Nowej Lewicy będzie na tyle słaby, iż Nowa Lewica uzna, iż pociągnie za sobą sondażowe spadki poniżej progu, przez co Nowa Lewica wejdzie w tryb przetrwalnikowy, szukając miejsc na liście KO. Razem pomimo tego nie przekroczy progu i znów zobaczymy przyszły Sejm bez niezależnej lewicy.
Głosując w wyborach w maju wyborcy muszą mieć świadomość obu tych scenariuszy.