Zmiana szyldu, ten sam dług

4 dni temu

Był taki moment, gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy w Warszawie ktoś musiał usiąść przy biurku i napisać na kartce: problem górniczy. Potem złożył tę kartkę, schował do szuflady i przez następne trzy dekady polska polityka energetyczna polegała na wyjmowaniu jej co kilka lat, wypisywaniu na wierzchu nowej nazwy spółki i chowaniu z powrotem. Różne rządy, różne koalicje, różne programy ratunkowe — ta sama kartka, ten sam dług, ten sam schemat. I ten sam region, który za każdym razem zostawał z konsekwencjami.

To nie jest opowieść o górnictwie jako takim. To opowieść o tym, jak państwo przez trzydzieści lat używało Śląska jako bufora między rachunkiem a odpowiedzialnością.

Wielkie sprzątanie w 1993 roku

Wszystko zaczyna się od transformacji, która nie była transformacją — przynajmniej nie dla górnictwa. W 1993 roku z przedsiębiorstw państwowych wyłoniło się kilkanaście spółek akcyjnych Skarbu Państwa. Jastrzębska Spółka Węglowa z siedmioma kopalniami, Katowicki Holding Węglowy z jedenastoma, i cały szereg mniejszych: Bytomska, Gliwicka, Nadwiślańska, Rudzka, Rybnicka. Razem ponad sześćdziesiąt czynnych kopalń, zatrudnienie przekraczające trzysta tysięcy ludzi.

Na papierze wyglądało to jak reforma. Przedsiębiorstwa państwowe zamieniły się w spółki, pojawiły się zarządy, rady nadzorcze, sprawozdania finansowe. Polska gospodarka otwierała się na rynek, górnictwo też miało się dostosować. Problem polegał na tym, iż te nowe spółki nie startowały z czystą kartą. Startowały z długami odziedziczonymi po PRL — wobec ZUS, wobec gmin górniczych, wobec kooperantów. Do tego wchodziły na rynek ze strukturą kosztową rodem z innej epoki: ogromne zatrudnienie, rozbudowane systemy socjalne, nierentowne pokłady, które wydobywano nie dlatego, iż miało to sens ekonomiczny, ale dlatego, iż nie wiadomo było, co zrobić z ludźmi.

I był jeszcze jeden problem, rzadko wymieniany wprost: zaniżone ceny węgla dla energetyki. Kopalnie sprzedawały surowiec elektrowniom poniżej kosztów wydobycia, dotując de facto cały sektor energetyczny. Elektrownie robiły zyski, kopalnie robiły długi. Przez całe lata dziewięćdziesiąte mechanizm działał dokładnie odwrotnie niż powinien — i nikt nie miał politycznej odwagi, żeby go zatrzymać.

Próby reformy były, ale połowiczne. W 1993, 1995, 1998 roku kolejne rządy ogłaszały programy restrukturyzacji. Każdy zakładał likwidację nierentownych kopalń, redukcję zatrudnienia, wzrost wydajności. Każdy napotykał ten sam mur: setki tysięcy rodzin, kilkanaście związków zawodowych, całe miasta zbudowane wokół jednego zakładu. I każdy ostatecznie ustępował — zostawiając problem trochę mniejszym, ale wciąż nierozwiązanym.

Wielkie oddłużanie, wielka iluzja

Na przełomie wieków rachunki stały się nie do ukrycia. Pięć spółek — Bytomska, Gliwicka, Nadwiślańska, Rudzka i Rybnicka — tonęło. Ustawa z 1998 roku przyniosła pierwsze duże oddłużenie: umorzenia odsetek, odroczenia spłat VAT, restrukturyzację zobowiązań wobec gmin. Łącznie branża górnicza otrzymała ulgę rzędu osiemnastu miliardów złotych.

Sektor, który formalnie wymagał ratowania, był jednocześnie jednym z większych płatników składek i podatków w regionie.

To był paradoks, który przeszedł niemal bez komentarza. Przez lata mówiono o górnictwie jako o sektorze, który żyje z budżetu. A tymczasem, jak policzył GIG, w samej dekadzie 2000–2009 górnictwo wpłaciło do budżetu państwa, ZUS i funduszy celowych łącznie ponad pięćdziesiąt osiem miliardów złotych.

Oddłużenie z 1998 roku nie rozwiązało strukturalnych problemów. Zmniejszyło ciśnienie, dało czas. Ale pięć słabych spółek dalej nie było rentownych. Ich kopalnie dalej traciły. I gdzieś na przełomie 2002 i 2003 roku ktoś znowu wyjął z szuflady tę kartkę i tym razem napisał na wierzchu nową nazwę: Kompania Węglowa.

Konsolidacja, czyli zamiatanie pod dywan

Kompania Węglowa powstała w lutym 2003 roku. Wchłonęła pięć bankrutujących spółek — i przejęła ich majątek. Ale żeby przejąć majątek, musiała też przejąć długi: 3,9 miliarda złotych zobowiązań wobec ZUS, gmin i kooperantów. Tyle ile wynosił przejęty majątek. Kompania startowała z bilansem bliskim zera — na aktywach, ale też na długu.

Na papierze wyglądało to jak eleganckie rozwiązanie. Dwadzieścia trzy kopalnie, dziewięć zakładów, osiemdziesiąt pięć tysięcy pracowników skupieni w jednym podmiocie. Skala miała dać efekty synergii, wspólny zarząd miał obniżyć koszty, konsolidacja miała wymusić trudne decyzje, których pięć osobnych zarządów bało się podjąć. Przez kilka lat to choćby działało. W 2011 roku Kompania miała pięćset pięćdziesiąt milionów złotych zysku netto. Wypłacono premie, inwestowano w kopalnie.

Ale te zyski były w dużej mierze efektem dobrej koniunktury na węgiel, a nie głębokiej restrukturyzacji. NIK opisał to później precyzyjnie: nadwyżki finansowe z lat boomu wydatkowane były na rosnące koszty osobowe, nie na modernizację i likwidację trwale nierentownych kopalń. Gdy w 2012 roku koniunktura zaczęła się odwracać, Kompania nie miała poduszki.

W 2014 roku dług Kompanii przekraczał 4,2 miliarda złotych. Strata po jedenastu miesiącach wyniosła 1,18 miliarda. Luka płynnościowa sięgała pół miliarda złotych. Kodeksowe przesłanki do ogłoszenia upadłości miały się pojawić w lutym 2015 roku. Wyjęto kartkę z szuflady i napisano na niej: Polska Grupa Górnicza.

Nowa nazwa, stare problemy

Pierwszego maja 2016 roku przy ulicy Powstańców 30 w Katowicach zawisł szyld z nowym logo. Polska Grupa Górnicza oficjalnie przejęła jedenaście kopalń i cztery zakłady Kompanii Węglowej — wraz z zobowiązaniami finansowymi. Do tego doszło ponad 2,4 miliarda złotych od inwestorów: spółek energetycznych powiązanych ze Skarbem Państwa i instytucji finansowych. PGE, Enea, PGNiG Termika, BGK — wszyscy wyłożyli pieniądze. W zamian dostali udziały w spółce, której wartość była trudna do ustalenia, bo aktywa wyceniono przy użyciu współczynników korygujących określanych przez samą PGG — co NIK zakwestionował kilka lat później.

Jedenaście miesięcy po starcie PGG przyszła kolej na Katowicki Holding Węglowy. KHW, który w 1993 roku zaczynał z jedenastoma kopalniami, doczekał do 2017 roku z czterema i 2,5 miliarda złotych długu, z czego ponad 1,2 miliarda w obligacjach. Banki wyraźnie zakomunikowały: restrukturyzacja możliwa wyłącznie pod warunkiem włączenia holdingu do PGG. Transakcja była bezgotówkowa: za cztery kopalnie PGG przejęła cały 2,5-miliardowy dług KHW. Wartość majątku była mniej więcej równa wartości zobowiązań.

Schemat powtórzył się co do zasady. Nowy podmiot, nowy szyld, przejęty dług. I w tle kolejna runda dokapitalizowania ze środków publicznych.

Mechanizm, który się niezmienia

Jeśli spojrzeć na te trzydzieści lat z dystansu, widać wzorzec, który nie ma nic wspólnego z reformą. Ma za to wiele wspólnego z odkładaniem problemu na kolejną kadencję.

Każde przekształcenie miało identyczną strukturę: powstaje nowy podmiot, który przejmuje aktywa produkcyjne, ale żeby je przejąć, musi wziąć na siebie zobowiązania poprzednika. Poprzednik jest oddłużany przez budżet lub po prostu znika z rejestru. Nowy podmiot dostaje zastrzyk kapitałowy od inwestorów powiązanych ze Skarbem Państwa. Przez kilka lat, jeżeli koniunktura dopisuje, wyniki są przyzwoite. Potem koniunktura się odwraca, koszty zostają, zaczyna się kolejny kryzys.

Każde z tych przekształceń było poprzedzone zapewnieniami o głębokiej restrukturyzacji. Każde kończyło się połowicznym sukcesem.

NIK w swoich raportach odnotowywał to bez owijania w bawełnę: zarządy spółek węglowych i ministerstwa dysponowały wystarczającą wiedzą o sytuacji finansowej, by reagować wcześniej. Nie reagowały. Bo konsekwencje polityczne były za wysokie.

Śląsk płaci rachunek podwójnie

Koszty tej gry nie pojawiają się w bilansach spółek węglowych. Są rozpisane po całym regionie — w budżetach gmin górniczych, które traciły wpływy kiedy kopalnia zamykała się lub redukowała zatrudnienie. W strukturze lokalnych rynków pracy, gdzie przez dekady nie rozwijało się nic innego, bo po co, skoro jest kopalnia. W demografii miast, które kurczyły się szybciej niż polska średnia, bo młodzi wyjechali tam, gdzie były inne perspektywy. W poczuciu permanentnej niepewności, które towarzyszy regionowi od trzydziestu lat — bo każdy program ratunkowy kończył się kolejnym programem ratunkowym, a obietnice transformacji zostawały obietnicami.

Paradoks polega na tym, iż Śląsk był jednocześnie przedmiotem tej gry i jej finansistą. Podatki i składki ZUS z górnictwa zasilały budżet centralny przez całe dekady. Kiedy trzeba było ratować kolejną spółkę, pieniądze szły z tego samego budżetu — ale decyzje zapadały w Warszawie, a rachunek płacił region.

Właśnie dlatego historia zmian nazw polskich spółek węglowych nie jest tylko ciekawostką korporacyjną. Jest dokumentem trzydziestu lat stosunku państwa do własnego regionu przemysłowego. Dokumentem, w którym każda nowa nazwa oznaczała: rozumiemy problem, ale nie zamierzamy go teraz rozwiązać. I można to odczytać jako cynizm, można jako bezradność — ale trudno nie odczytać jako sygnału, iż Śląsk przez trzy dekady był dla centralnej polityki bardziej problemem do zarządzania niż miejscem, o które naprawdę warto się zatroszczyć.

Historia bez końca

Polska Grupa Górnicza wciąż działa. Zatrudnia blisko czterdzieści tysięcy ludzi, jest największym pracodawcą w województwie śląskim. W 2022 roku, przy rekordowych cenach węgla po wybuchu wojny w Ukrainie, PGG zarobiła miliardy. W 2024 roku, przy cenach wracających do normy, branża straciła — wynik EBITDA całego sektora był na minusie rzędu 427 milionów złotych. W budżecie na 2025 rok zapisano 2,4 miliarda złotych dopłat do redukcji zdolności produkcyjnych i plan przekazania obligacji skarbowych o wartości do 5,4 miliarda na podwyższenie kapitałów spółek węglowych.

Kartkę wyjęto z szuflady. Na razie nie napisano na niej jeszcze nowej nazwy. Ale szuflada jest ta sama.

Idź do oryginalnego materiału