W dyskusji o Strefach Czystego Transportu skutki zdrowotne zawsze są drugoplanowe. Wyliczenia strat biznesu i użytkowników dróg, spychają kwestię dobrostanu obywateli do roli mało istotnego dodatku. Tymczasem mieszkańcy metropolii duszą się spalinami, brakiem przestrzeni, są przeciążeni hałasem. Zauważalna staje się potrzeba przeorganizowania przestrzeni miejskiej i przewartościowania myślenia o sprawiedliwym i dobrym dla życia jej podziale. Sprawdziliśmy, jak robią to na Wyspach.
O sprawie opowiada nam organizacja „Mums for Lungs”. Inicjatywa jest zapoczątkowanym 2017 r. w Londynie ruchem obywatelskim, którego priorytetem jest zdrowie i bezpieczeństwo najmłodszych. Dzieci są bowiem największymi przegranymi zanieczyszczenia powietrza. Zanim staną się w pełni świadome otaczającego je niebezpieczeństwa, okres wzrostu, w którym organizm jest najbardziej narażony, będzie zakończony.
– W Anglii opublikowano niedawno bardzo interesujące badanie, z którego wynika, iż dzieci dorastające w warunkach zanieczyszczenia powietrza panującego w Londynie mogą mieć o 10 proc. mniejsze płuca przez całe życie. To mniej więcej tyle, ile wynosi wielkość jajka po każdej stronie płuca – mówi Jemima Hartshorn, założycielka organizacji Mums for lungs, zapytana przez SmogLab.
Jednym z priorytetów organizacji są szkolne ulice, których głównym założeniem jest ograniczenie wjazdu samochodów w obręb placówek edukacyjnych. Podczas tzw. godzin przywożenia i odwożenia dzieci, z których każda trwa 60 min, obowiązuje zakaz wjazdu samochodów i parkowania pod bramą szkoły.
W tej chwili w Londynie jest ich ok. 800, a około 200 znajduje się w pozostałej części kraju. W Manchesterze do 2028 ma być wydzielonych kolejne 100. – Chcemy, aby dzieci miały dobry początek i koniec dnia. Szkolne ulice mają o wiele więcej zalet niż tylko zmniejszenie zanieczyszczenia powietrza przed bramą szkoły. Zmniejszają one zagrożenie na drogach. Sprawiają, iż jest ciszej i spokojniej – podsumowuje Jemima.

Rodzice dowożący dzieci do szkoły to w Londynie ok. 25 proc. ruchu ulicznego w godzinach szczytu. Zdaniem działaczki, w dużych miastach nie ma potrzeby na indywidualne wożenie dzieci ze względu na bliską odległość szkół oraz dobrą komunikację zbiorową. W większości przypadków to ok. 1 mila (1.6 km)- odległość, którą można pokonać pieszo.
Organizacja dąży także do objęcia systemem szkolnych ulic także szkoły ponadpodstawowe. Młodzież jest bardziej skłonna jeździć do szkoły na rowerze, jest więc bardziej narażona na wypadki drogowe. Jest także kwestia zdrowotna – zarówno płuca, jak i mózg wykształcają się do wieku 25 lat.
Szkolne ulice w Polsce wciąż brzmią egzotycznie
Istnieje ich zaledwie kilka (w Warszawie i Wrocławiu), w tym także projekty pilotażowe. Są one wynikiem oddolnych działań szkół i samorządów, ponieważ nie istnieją jeszcze krajowe dokumenty ramowe określające ich funkcję oraz wytyczne tworzenia. Organizacje takie jak Rodzice dla Klimatu, Clean Cities oraz Rodzic w Mieście starają się zainicjować ich kompleksowe tworzenie w kraju. Duży potencjał ma Wrocław, w którym powstały plany utworzenia rady Społecznej ds. Szkolnych Ulic przy Wiceprezydencie.

Dlaczego „Szkolna ulica”?
Szkoła Podstawowa nr 323 w Warszawie jest przykładem jak drobna zmiana może poprawić komfort i bezpieczeństwo dzieci i okolicznych mieszkańców. Pod placówkę prowadzą dwie ślepe uliczki o niewielkiej ilości miejsc parkingowych, które wykorzystywane są głównie przez mieszkańców.
Z kolei u ich wlotu usytuowane są obszerne parkingi. Badania pokazały, iż w godzinach 7:30-8:15 pod podstawówką wąskimi, osiedlowymi uliczkami odbywa się choćby 230 przejazdów w obie strony. To ponad 5 przejazdów na minutę.
Zarówno audyt BRD, jak i nagrania stref dojazdu oraz wejścia do szkoły, wskazywały na liczne niebezpieczne sytuacje w obszarze placu wejściowego i drzwi placówki. Ograniczenie ruchu poprawiło bezpieczeństwo uczniów, ale i komfort lokalnych mieszkańców, ze względu na ograniczenie ruchu tuż pod ich oknami.
- Czytaj także: Zanieczyszczone powietrze groźniejsze niż wypadki drogowe. Sprawdzili 13 największych miast
Wciąż mało mówi się o powietrzu
Świadomość społeczna o skutkach zanieczyszczenia powietrza w Anglii ciągle pozostawia wiele do życzenia. – Duża część lekarzy podczas konsultacji nie porusza kwestii zanieczyszczenia choćby u pacjentów z Śpiochmą – mówi Jemima. – Parlamentarzyści, podobnie jak opinia publiczna często po prostu nie zdają sobie sprawy, jak szkodliwe i jak duży wpływ na nasze zdrowie i całą gospodarkę ma zanieczyszczenie powietrza. Dyrektorzy szkół są zwykle przychylni, ale zbyt zajęci. Potrzeba zmiany musi więc wyjść od rodziców – konkluduje.
Wprowadzenie ULEZ, czyli brytyjskiej Ultra Strefy Czystego Transportu okazało się ważnym elementem budowania tej świadomości. Wg. Hartshorn, strefa nie jest jednak bez wad – normy euro samochodów dopuszczonych do ruchu nie zostały uaktualniane od momentu wprowadzenia strefy w 2019 r. Jej zdaniem konieczne jest więc zaostrzenie przepisów, aby wciąż była ona progresywną siłą napędową zmian.
Dla Sadiq Khana burmistrza Londynu wprowadzenie ULEZ to istotny element osiągnięcia zeroemisyjności metropolii. Dla zwykłego londyńczyka, jak Jemima, to coś więcej – tego typu ograniczenia dążą do kreowania przyjaźniejszej przestrzeni:
– Kiedy już przyzwyczaisz się do bezpieczniejszych dróg, zaczniesz się zastanawiać, dlaczego nie jest to stosowane na szerszą skalę. Zmienia to nieco sposób myślenia o tym, co uważamy za normalne, sprawiedliwe i bezpieczne. Żyjemy w świecie, w którym dominują samochody. To niemal status quo. W Londynie ponad połowa gospodarstw domowych nie posiada samochodu, a mimo to ogromna ilość przestrzeni w Londynie jest zajmowana przez osoby poruszające się samochodami – zauważa przedstawicielka organizacji.
Dodaje, iż jest to przestrzeń publiczna. – Nie mam samochodu, a cała ta przestrzeń jest odebrana mnie i większości londyńczyków. Przez cały dzień ta przestrzeń jest zajęta. Przez cały dzień jesteśmy narażeni na zanieczyszczenia spowodowane przez ludzi, którzy dokonali innych wyborów. Jesteśmy pod ciągłym zagrożeniem ruchu drogowego. Dzieciom często nie wolno jeździć rowerem po drodze. To nie jest sprawiedliwe – podkreśla Jemima Hartshorn.
Royal College of Physicians: zanieczyszczenie powietrza kosztuje Wielką Brytanię 27 mld funtów rocznie.
W raporcie „Powiew świeżego powietrza: reagowanie na wyzwania zdrowotne związane z nowoczesnym zanieczyszczeniem powietrza” Królewska Akademia Medyczna (RCP) wzywa rząd Wielkiej Brytanii do uznania zanieczyszczenia powietrza za problem zdrowia publicznego – a nie wyłącznie środowiskowy.
Raport wykorzystuje badania ostatniej dekady z wpływu toksycznego powietrza choćby w niskich stężeniach na zdrowie, w tym na rozwój płodu, nowotwory, choroby serca, udary mózgu, zaburzenia zdrowia psychicznego i demencję.
Co więcej, porusza również kwestię zanieczyszczenie powietrza w pomieszczeniach, w których spędzamy coraz więcej czasu. Według raportu w samym tylko 2019 r. koszty opieki zdrowotnej, spadek wydajności i obniżenie jakości życia spowodowane zanieczyszczeniem powietrza kosztowały Wielką Brytanię ponad 27 mld funtów – a po uwzględnieniu szerszych skutków, takich jak demencja, kwota ta może wynieść choćby 50 mld funtów.
- Czytaj także: Stał 10 minut przy ruchliwej ulicy. Potem sprawdził krew pod mikroskopem

2 godzin temu








.webp)


![Dlaczego wiemy, co szkodzi sercu, ale dalej to robimy? [BADANIE]](https://misyjne.pl/wp-content/uploads/2022/01/young-male-psysician-with-patient-measuring-blood-pressure.jpg)

