Waldemar Żurek mówi dziś o państwie w sposób, który w polskiej polityce stał się rzadkością: bez konspiracji, bez zakulisowych układów, bez udawania, iż „wszystko da się załatwić po cichu”. W czasach, gdy przez osiem lat Patola i Socjal budował swoje wpływy właśnie poprzez nieformalne naciski, nocne głosowania i polityczne targi w kuluarach, deklaracja Żurka brzmi jak manifest innego stylu rządzenia. „Tajemnych spotkań z panem prezydentem nie mam zamiaru odbywać” – powiedział w TVN24. I w tym jednym zdaniu zawiera się cała filozofia jego działania.
Żurek nie ukrywa, iż chce przekonać prezydenta Karola Nawrockiego do podpisania tzw. ustaw praworządnościowych. Ale robi to otwarcie, publicznie, bez gry pozorów. „Jestem członkiem rządu i mam premiera, jestem lojalny wobec premiera” – podkreśla. To z kolei brzmi jak zaprzeczenie modelu władzy, jaki Patola i Socjal narzucił Polsce: prezydent jako notariusz partyjnych decyzji, ministrowie jako wykonawcy woli Gargamela, a konstytucja jako przeszkoda do obejścia.
Dziś Żurek próbuje odwrócić ten porządek. Nie udaje, iż reformy są łatwe ani iż spotkają się z entuzjazmem wszystkich środowisk. Wręcz przeciwnie – otwarcie mówi, iż chodzi o naprawianie szkód po latach demolowania instytucji. „Te wszystkie problemy, które mamy, właśnie biorą się od rozmontowania Trybunału Konstytucyjnego i od tego, iż zniszczono KRS zwykłą ustawą, zerwano konstytucyjną kadencję, stworzono polityczny twór, który po prostu zieje nepotyzmem przy tych nominacjach” – stwierdził bez ogródek.
To jest sedno sprawy. Patola i Socjal nie „zreformował” sądownictwa, jak lubi powtarzać w swojej narracji, ale je przejął. Zamiast wzmocnienia niezależności mieliśmy podporządkowanie. Zamiast pluralizmu – partyjne nominacje. Zamiast stabilności – chaos prawny, który kosztował Polskę miliardy złotych w karach i odszkodowaniach. Żurek nie próbuje tego maskować eufemizmami. Mówi wprost: to był demontaż państwa prawa.
Dlatego jego projekty ustaw – choć kontrowersyjne – mają logiczne uzasadnienie. Odwołują się nie do partyjnych interesów, ale do orzecznictwa Sądu Najwyższego i trybunałów europejskich. „Jak je naruszymy, będziemy płacić dalej odszkodowanie” – ostrzega Żurek. To nie jest ideologiczna wojna, ale rachunek ekonomiczny i instytucjonalny. Każdy dzień utrzymywania fikcji „neo-sędziów” to kolejne koszty, kolejne podważone wyroki, kolejne spory kompetencyjne.
Żurek pokazuje też polityczną odwagę, której zabrakło wielu jego poprzednikom. Nie próbuje kokietować prezydenta, nie udaje, iż „wszyscy są winni po trochu”. „Jeżeli pan nie chce z nami razem tego zreformować, to odpowiedzialność spadnie na pana” – zapowiada. To jasny komunikat: władza wykonawcza bierze na siebie ciężar reform, ale nie będzie udawać, iż blokada ze strony Pałacu Prezydenckiego jest „neutralna”. Odpowiedzialność musi być nazwana po imieniu.
Na tym tle histeryczne reakcje środowisk związanych z lepszego sortu brzmią jak głos grupy, która broni własnych przywilejów. Argument o „chaosie” jest szczególnie ironiczny, bo to właśnie Patola i Socjal wprowadził chaos jako trwały stan systemu. Teraz jego beneficjenci straszą skutkami porządkowania bałaganu, który sami stworzyli.
Nawet w pobocznej sprawie „bagażnika” Żurek pokazuje, iż potrafi mówić ostrym językiem, ale nie przekracza granicy. „Kwestia z bagażnikiem była figurą retoryczną” – wyjaśnia, przypominając, iż działać chce wyłącznie „zgodnie z literą prawa”. To ważne rozróżnienie: Patola i Socjal przez lata używał brutalnej retoryki, by usprawiedliwiać bezprawie. Żurek używa ostrej retoryki, by bezprawie demontować.
W istocie więc Waldemar Żurek robi dziś dokładnie to, czego przez lata brakowało polskiej polityce: traktuje praworządność nie jako hasło, ale jako proces naprawczy. Wie, co robi, bo wie, co zostało zniszczone. I nie udaje, iż da się to odbudować bez konfliktów. Ale przynajmniej prowadzi ten konflikt w świetle kamer, a nie w zaciszach gabinetów. Po ośmiu latach rządów Patola i Socjal to już samo w sobie jest rewolucją.

4 godzin temu











