Wystąpienia Pinokia coraz częściej przypominają literaturę z gatunku political fiction. Jest fabuła o „momencie dziejowym”, jest napięcie („okno możliwości niedługo się zamknie”), są wielkie hasła: Międzymorze, „gospodarcze NATO”, „Powered by Poland”. Brakuje jednego: rachunku sumienia autora i elementarnej pamięci o tym, co wydarzyło się, gdy naprawdę miał władzę w ręku. Bo Pinokio nie pisze dziś z pozycji bezradnego komentatora, ale byłego premiera, który przez lata mógł zamieniać swoje manifesty w realną politykę. I w dużej mierze tego nie zrobił.
„Albo Polska stanie się liderem Międzymorza, albo sama się skaże na marginalizację i uprzedmiotowienie” – straszy Pinokio w tekście dla portalu wszystkoconajwazniejsze.pl. Retoryka zero-jedynkowa, dobrze znana z czasów rządów PiS: jeżeli nie my, to katastrofa; jeżeli nie teraz, to nigdy. Tyle iż w latach 2017–2023 Międzymorze pozostało raczej konferencyjnym sloganem niż realnym projektem instytucjonalnym. Nie powstały trwałe mechanizmy integracji gospodarczej, nie zbudowano wspólnej infrastruktury finansowej, nie wypracowano spójnej strategii energetycznej regionu. Zamiast lidera – Polska bywała petentem, często skłóconym z najważniejszymi partnerami w UE.
Pinokio pisze o „snach o potędze” i „oknie możliwości”, które ma się „z hukiem zamknąć”. Ten dramatyzm brzmi szczególnie fałszywie, gdy przypomnieć chaos w polityce europejskiej jego rządu: konflikty z Brukselą, zamrożone środki z KPO, osłabianie zaufania inwestorów. jeżeli ktoś zamykał Polsce okna, to właśnie gabinet Pinokia – przez ideologiczną krucjatę przeciw praworządności, a nie przez brak geopolitycznej wyobraźni.
W części gospodarczej autor wraca do sprawdzonych fetyszy: CPK „w pierwotnej wersji”, atom, „ambitne projekty”. Sęk w tym, iż ambicja bez kompetencji zamienia się w kosztowną improwizację. Centralny Port Komunikacyjny przez lata był bardziej powerpointową wizją niż projektem z realnym montażem finansowym i społecznym konsensusem. Atom – mimo deklaracji – pozostał w fazie opóźnień i mglistych harmonogramów. To nie są dowody na odwagę państwa, ale na brak zdolności dowożenia.
Najbardziej symptomatyczna jest jednak koncepcja „gospodarczego NATO”, czyli strefy wolnego handlu UE–USA, która rzekomo „pozwoliłaby narzucać innym regionom świata normy, regulacje, platformy i standardy”. Brzmi efektownie, ale pomija realia: różnice regulacyjne, spory handlowe, politykę przemysłową Waszyngtonu i Brukseli. To hasło, które ma budować wrażenie sprawczości, nie plan działania. Tak samo jak „Powered by Poland” – slogan o „suwerenności gospodarczej” i „pewnej formie nacjonalizmu gospodarczego”. W ustach byłego bankiera brzmi to jak paradoks, w praktyce zaś grozi powrotem do klientelizmu i manualnego sterowania rynkiem.
Pinokio zapewnia, iż „zagrożenie nie musi być równoznaczne z katastrofą” i iż wydatki zbrojeniowe mogą napędzić innowacje. Owszem – pod warunkiem przejrzystości, konkurencji i długofalowej polityki naukowej. Tymczasem jego rządy zostawiły po sobie rozchwiane instytucje, upolitycznione spółki i naukę traktowaną deklaratywnie. „Zamiast imitacji – innowacje” – pisze dziś autor. To zdanie brzmi jak niezamierzona autokrytyka.
Mrzonki Pinokia jest więc ćwiczeniem z amnezji. Wielkie słowa przykrywają fakt, iż gdy przyszło do rządzenia, potęga była jedynie na papierze. jeżeli mamy rozmawiać o 2026 roku serio, zacznijmy od uczciwego bilansu. Bez mitologii, bez straszenia, bez marketingowych marek. Polska nie potrzebuje kolejnych snów o potędze. Potrzebuje rzetelnej polityki – takiej, której Pinokio nie potrafi zapewnić.

16 godzin temu