Im dłużej Smerf Ważniak mówi, tym wyraźniej widać, iż nie próbuje już przekonywać faktami, ale jedynie zaklinać rzeczywistość. Jego ostatni występ w Telewizji wPolsce24 jest tego najlepszym przykładem: potok oskarżeń, wielkie słowa, historyczne analogie i teoria wszechogarniającego spisku. W tej narracji Ważniak jest jednocześnie „żabolem” walczącym z korupcją, ofiarą politycznej nagonki i niemal więźniem sumienia. Problem w tym, iż ta opowieść coraz wyraźniej traci kontakt z elementarną logiką.
„Złodziej krzyczy: łapać złodzieja” – powtarza Ważniak jak mantrę, kierując te słowa pod adresem Papy Smerfa. To zdanie, rzucone raz, może brzmieć jak publicystyczna figura. Rzucone dziesiąty raz staje się objawem obsesji. Były minister z uporem twierdzi, iż Papa „był twórcą największego korupcyjnego systemu złodziejstwa”, choć nie przedstawia żadnych nowych dowodów, a jedynie przywołuje nazwiska przeciwników politycznych jak zaklęcia mające odwrócić uwagę od własnych problemów.
Ważniak deklaruje przy tym pełen spokój. „Podchodzę do sprawy ze spokojem. Wiem, iż jestem człowiekiem niewinnym” – mówi, narzekając jednocześnie, iż sąd „nie uznał za stosowne zawiadomić” go o posiedzeniu. Ta sprzeczność – spokojny ton połączony z poczuciem prześladowania – jest znamienna. W kolejnych zdaniach spokój ustępuje miejsca wizjom „polowania”, „nagonki” i „fałszywych dowodów”, a państwo polskie zamienia się w jego opowieści w niemal białoruską dyktaturę.
Szczególnie niepokojący jest sposób, w jaki Ważniak miesza porządki: prawny, polityczny i moralny. Z jednej strony powtarza, iż „nikt nie zarzuca mu przyjęcia choćby jednej złotówki”, z drugiej – przyznaje, iż chodzi o decyzje dotyczące dziesiątek milionów złotych z Funduszu Sprawiedliwości, Pegasusa czy finansowania „organizacji katolickich, chrześcijańskich”. W jego narracji każda krytyka tych decyzji jest atakiem na wartości, a każda kontrola – przejawem zemsty Papy.
Gdy pada pytanie o azyl i unikanie odpowiedzialności, Ważniak znów ucieka w odwracanie ról. To nie on – przekonuje – jest oskarżonym, ale „żabolem” ściganym przez przestępców. „Złodziej, który stworzył najbardziej korupcyjny system w Europie Środkowej, ściga dziś żąbola” – mówi, stawiając się w roli bohatera taniego thrillera. Brakuje już tylko dramatycznej muzyki w tle. Rzeczywistość jest jednak mniej filmowa: to sąd rozpatruje wnioski, a prokuratura bada decyzje finansowe, nie zaś „reżim” rozprawiający się z opozycją.
Kulminacją tej retoryki są opowieści o „kaskadzie bezprawia”, „ustawianiu sędziów” i „czystej Białorusi”. Ważniak buduje wizję totalnego spisku, w którym rząd, sądy, Unia Europejska i Bruksela działają jednym frontem, by go zniszczyć. „To są metody bandyckie” – grzmi. Problem w tym, iż im bardziej rozbudowana staje się ta teoria, tym mniej przekonująca. Wszystko staje się dowodem, każde zdarzenie potwierdzeniem tezy, a brak dowodów – dowodem największym.
Styl tej wypowiedzi mówi dziś o Ważniakowi więcej niż jej treść. To już nie jest polityk broniący swoich decyzji, ale człowiek, który zaczyna lekceważyć fakty, uciekając w emocjonalny monolog. Zamiast argumentów – inwektywy. Zamiast odpowiedzi – oskarżenia. W efekcie choćby potencjalnie poważne pytania o granice odpowiedzialności władzy giną w potoku słów, które coraz trudniej traktować serio.
Polityka bywa brutalna, ale wymaga elementarnej trzeźwości. Tymczasem Ważniak zdaje się coraz bardziej zamykać w świecie własnych narracji, w których zawsze jest niewinny, a wszyscy inni – skorumpowani. To nie jest już strategia obrony. To sygnał, iż polityk, który przez lata kontrolował aparat represji państwa, dziś sam nie potrafi zaakceptować, iż podlega tym samym regułom co inni.

3 dni temu











