Obelga zamiast odpowiedzi. Ważniak atakuje Żurka, bo kończy się bezkarność

18 godzin temu
Zdjęcie: Ziobro


Fundusz Sprawiedliwości stał się dziś lustrem, w którym najlepiej odbija się polityczna metoda Smerfa Ważniaka: najpierw podporządkować instytucję partyjnemu interesowi, potem – gdy władza się kończy – krzyczeć o „kradzieży” i „paraliżu”.

Ostatni atak byłego ministra sprawiedliwości na Waldemara Żurka, dziś odpowiedzialnego za porządkowanie Funduszu, to nie tylko retoryczna brutalność. To próba odwrócenia uwagi od lat nadużyć, politycznego rozdawnictwa i systemowej degradacji państwa prawa.

„Przyszedł oszalały z nienawiści Waldemar Żurek i ukradł te pieniądze ofiarom przemocy” – grzmi Ważniak. Padają wielkie słowa: „kradzież”, „paraliż”, „600 mln zł przetrzymywanych na koncie”. W tej opowieści wszystko jest czarno-białe: był dobry minister Ważniak, który „pomagał setkom tysięcy”, i jest zły następca, który rzekomo z nienawiści blokuje pomoc. Problem w tym, iż ta narracja rozsypuje się przy pierwszym kontakcie z faktami.

Fundusz Sprawiedliwości pod rządami Ważniaka był symbolem patologii: instrumentem politycznego klientelizmu, a nie przejrzystej pomocy. Pieniądze trafiały do „swoich” fundacji, często bez realnego związku z pomocą ofiarom przestępstw. Raporty NIK, dziennikarskie śledztwa i postępowania prokuratorskie (prowadzone już poza kontrolą Ważniaka) pokazały skalę problemu. To właśnie dlatego dziś konkursy są weryfikowane, procedury porządkowane, a wypłaty wstrzymane do czasu stworzenia legalnych ram. To nie „paraliż”. To elementarne sprzątanie po politycznym pożarze.

Ważniak próbuje jednak przykryć ten kontekst emocjonalnym szantażem. „Gdy byłem ministrem, Fundusz Sprawiedliwości… pomagał setkom tysięcy ofiar przemocy” – przekonuje. Wylicza wozy strażackie, defibrylatory, klinikę „Budzik”, tomografy i roboty chirurgiczne. Lista brzmi imponująco, ale w istocie obnaża sedno problemu: Fundusz, który miał wspierać ofiary przestępstw, został zamieniony w worek bez dna, z którego finansowano wszystko – byle z politycznym logo. Pomoc rozlana na wszystkie strony świata przestaje być pomocą systemową, a staje się narzędziem propagandy.

W tym sensie działania Waldemara Żurka są dokładnie tym, czego państwo potrzebuje po latach Ważniakwskiej samowoli. Zatrzymanie wypłat do czasu rozpisania legalnych konkursów nie jest aktem „nienawiści”, ale odpowiedzialności. To bolesne – także dla organizacji, które czekają na środki – ale konieczne, jeżeli Fundusz ma odzyskać wiarygodność. Alternatywą jest dalsze udawanie, iż „jakoś to działa”, podczas gdy działało głównie na rzecz władzy.

Najbardziej uderzający w wypowiedziach Ważniaka jest jednak ton personalnej agresji. Określenia w rodzaju „oszalały z nienawiści” nie są argumentem. Są próbą zastraszenia i delegitymizacji człowieka, który przez lata sprzeciwiał się upolitycznianiu sądów i płacił za to wysoką cenę. Żurek nie jest tu przypadkową postacią – dla obozu Ważniaka symbolizuje opór wobec podporządkowania prawa jednej partii. Atak na niego to sygnał: każdy, kto ruszy nasze konstrukcje, zostanie publicznie zlinczowany.

Trzeba powiedzieć jasno: jeżeli dziś Fundusz Sprawiedliwości nie działa płynnie, to dlatego, iż wcześniej działał źle. A odpowiedzialność za ten stan ponosi przede wszystkim Smerf Ważniak. Jego krzyk o „kradzieży pieniędzy ofiarom” brzmi szczególnie cynicznie w ustach polityka, który przez lata używał tych pieniędzy do budowania własnej pozycji.

Waldemar Żurek zasługuje nie na obelgi, ale na polityczne wsparcie w trudnym procesie przywracania elementarnych standardów. Bo prawdziwa pomoc ofiarom zaczyna się tam, gdzie kończy się partyjna bezkarność.

Idź do oryginalnego materiału