Z Remi Dobrzyńskim, Gargamelem Fundacji Zdrowia Psychicznego „Odnaleźć Sens” rozmawiamy o jego fundacji, seniorach, działalności społecznej i codziennym życiu w Bełchatowie.
Remigiusz Dobrzyński
Rozwiń biogramRemigiusz Dobrzyński — emeryt, osoba z niepełnosprawnością sprzężoną, która nigdy nie odebrała mu energii do działania. Był: logistykiem, redaktorem, reporterem, mechanikiem, sprzedawcą, agentem ubezpieczeniowym, pilotem wycieczek, pracownikiem budowlanym, a w trudnych momentach utrzymywał się jako zbieracz złomu. Doświadczył również okresu bezdomności. Dziś prowadzi działania na rzecz seniorów, osób z niepełnosprawnościami i osób w kryzysie, budując wokół siebie społeczność, która odzyskuje poczucie wartości, bezpieczeństwa i sprawczości.
Hasło „Odnaleźć sens” brzmi intrygująco. O co w nim chodzi?
Remi Dobrzyński: Od ponad 25 lat zmagam się z depresją dnia krótkiego. To jest psychiczne załamanie, które przychodzi w okresie jesienno-zimowym i trwa od września/października do lutego/marca.
Do pewnego czasu zganiałem wszystko na pogodę. Parę lat temu zacząłem szukać lekarstwa dla siebie. Lekarz powiedział mi: „Panie Remigiuszu, mogę wypisać panu receptę, ale musiałby ją pan zrealizować w biurze podróży”. Lekarka zasugerowała mi naświetlanie słoneczne, więc ta „recepta” do biura podróży to sugestia, abym wykupił kilkutygodniowy pobyt w słonecznych krajach.
Nadarzyła się okazja i wziąłem udział w dwuletnim unijnym projekcie, który oferował m.in. wsparcie psychologiczne. Zaproponowałem osobom, które wraz ze mną brały udział w terapii, żebyśmy założyli stowarzyszenie wspierające ludzi w kryzysie psychicznym. Wszyscy początkowo poparli ten pomysł, ale gdy przyszło do podjęcia realnych działań, większość się wykruszyła. Mówili: „To wstyd. Co sąsiedzi powiedzą?”.
Ludzie wciąż wstydzą się słów „choroby psychiczne”, „dobrostan psychiczny” czy „kryzys psychiczny”. Ten wstyd sprawia, iż wiele osób wycofuje się z działań, które mogłyby realnie pomóc im lub innym.
Tak też było wtedy — zostałem z pomysłem i wyzwaniem założenia organizacji pozarządowej sam. A ponieważ zdążyłem już wykonać pierwsze kroki, szkoda było to porzucić.
Piszemy o Ludziach, a nie o władzy
Pokazujemy prawdę o przyczynach, nie o skutkach. Jesteśmy Twoim głosem. Wspieraj niezależność!
Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą
Od około piętnastu lat działam w organizacjach pozarządowych. Utrzymuję stały kontakt z łódzkim Centrum Promocji i Rozwoju Inicjatyw Obywatelskich „OPUS”, które pracuje również na terenie powiatu bełchatowskiego. Współpracuję także z Instytutem Spraw Obywatelskich w Łodzi oraz innymi organizacjami społecznymi. W 2020 roku to właśnie działaczki OPUS‑u powiedziały mi: „Remek, nie marnuj tego. Masz potencjał. Zakładaj fundację”. Te słowa były dla mnie impulsem. Przekonałem żonę i tak zaczęła się nasza wspólna droga.
Założyliśmy Fundację Zdrowia Psychicznego „ODNALEŹĆ SENS”, bo właśnie to jest jej misją — pomagać ludziom odnaleźć sens życia, odnaleźć siebie, wskazywać kierunki i możliwości. Wiem, jak trudno jest osobie w kryzysie psychicznym, gdy nie ma wsparcia, a rodzina czy najbliżsi nie wiedzą, jak reagować i jak pomóc.
Kiedy zakładaliśmy fundację, byliśmy podopiecznymi MOPS‑u. Ja z niepełnosprawnością sprzężoną, żona z chorobami neurologicznymi.
Wynajmowaliśmy mieszkanie i żyliśmy bardzo oszczędnie. Odkładaliśmy każdy grosz, żeby uzbierać 1000 złotych potrzebnych na rejestrację fundacji.
Pani notariusz doradziła nam, iż warto wpisać fundację na listę przedsiębiorców, aby mieć możliwość prowadzenia działalności odpłatnej i ewentualnego zarabiania. Uskładaliśmy dodatkowe 500 złotych i zarejestrowaliśmy fundację również jako działalność gospodarczą. Mimo tego nasza organizacja nie działa w sferze biznesu — nie generujemy zysków. Brakuje pieniędzy na rozpoczęcie działań o szerokim zakresie, mimo iż dostrzegamy wielkie potrzeby społeczne. Utrzymujemy się z dotacji, grantów, niewielkich darowizn oraz składek.
Wpław po marzenia. Jak Fundacja Swim For a Dream pomaga zmienić życie Adam Jerzykowski
Założenie fundacji to pierwszy krok, a co było dalej?
Potem były pierwsze projekty. Napisałem projekt „Depresja. Rozumiesz – pomagasz”, który był skierowany do uczniów szkół średnich w powiecie bełchatowskim. Dostaliśmy minigrant w kwocie 5000 złotych na przeprowadzenie warsztatów i pogadanek w szkołach. Uświadamialiśmy młodzież, czym jest depresja, jak ją rozpoznać i jak pomóc komuś, kto na nią choruje. Projekt był skierowany do 400 uczniów, ale ostatecznie mieliśmy aż 1067 słuchaczy. Zresztą, jest on prowadzony do dzisiaj z tą różnicą, iż finansowanie przejął powiat, który nie ma pieniędzy na zatrudnienie wystarczającej liczby specjalistów. Dlatego w tym roku projekt jest realizowany tylko w trzech szkołach ze względu na ograniczone fundusze.
Trzy lata temu nawiązałem kontakt z Fundacją Biedronka. Moja młoda organizacja otrzymała od niej 8000 złotych na zorganizowanie uroczystości świątecznej dla 50. osób. Była to wieczerza wigilijna dla osób samotnych, bezdomnych w kryzysie psychicznym. Ale to nie tylko była biesiada przy stole. Zanim do niej doszło, przeprowadziliśmy kilka spotkań integracyjnych, aktywizujących, na których uczestnicy wykonywali stroiki, małe upominki oraz ze względu na to, iż w Bełchatowie i okolicy zamieszkuje ludność napływowa, nasze spotkania poświęcone były też tradycji, jaką przyjezdni tutaj przywieźli z sobą i ją kultywują. To była mega praca – dla młodej organizacji. Bo oprócz zgodnego z projektem zrealizowania uroczystości (dla 50 uczestników) postawiliśmy sobie zadanie, aby pozyskać darczyńców i uczestnikom wieczerzy wręczyć skromne upominki (głównie artykuły spożywcze, chemia domowa, kosmetyki). Takich uroczystych wigilii urządziliśmy dwie i jedno śniadanie wielkanocne.
Nadal brakuje nam funduszy, żeby działać w sferze gospodarczej.
A pomysły mamy wspaniałe. Utrzymujemy się z małych grantów. Z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych otrzymaliśmy wysokie finansowanie, prawie 60 000 złotych na projekt „Trening pamięci” (to działania pocovidowe), teraz 23 000 złotych na usługi opiekuńcze dla 10 samotnych seniorów z niepełnosprawnością. Pomagamy i wspieramy osoby z niepełnosprawnością oraz starsze, samotne, w kryzysie psychicznym. Najczęściej jednak otrzymujemy małe kwoty, bo lokalne jednostki samorządowe nie przeznaczają na tego typu zadania publiczne dużych kwot.
Zdarza się, iż w naszej Fundacji brakuje pieniędzy na podstawowe koszty — oświetlenie, ogrzewanie dwóch klubowych lokali, czynsz, itp. w których toczy się całe życie naszych grup. W takich momentach dokładam z własnej emerytury. Jeszcze kilka lat temu było to około 900–1000 złotych miesięcznie, dziś bywa, iż sięga choćby 1300-1500 złotych. To oczywiście uszczupla moje prywatne życie, ale
prowadzenie klubów jest dla mnie czymś więcej niż obowiązkiem — to moje hobby, moja pasja i w dużej mierze moja autoterapia.
Nie jest łatwo, bo część naszych wniosków o granty bywa odrzucana. Taki jest los małych organizacji, które działają bez zaplecza finansowego i bez stałych sponsorów i korzystają ze wsparcia w formie konkursów. Mimo to nie zatrzymujemy się. Każdy dzień przynosi nowe pomysły — czasem zwariowane, czasem pionierskie, czasem tak nietypowe, iż trudno je opisać jednym zdaniem. Ale właśnie tego oczekują nasi beneficjenci: inności, różnorodności, świeżości, aktywności, która wyrywa z marazmu i samotności.
I dlatego, mimo trudności, przez cały czas działamy. przez cały czas się budzimy z myślą: „Co dziś możemy zrobić inaczej?”. Bo wiemy, iż dla wielu osób te nasze „zwariowane” pomysły są jak tlen — dają energię, poczucie przynależności i zwykłą ludzką radość.
Inkluzja na rynku pracy. Jak budować mosty między pracodawcami a osobami z niepełnosprawnościami? Iwona Wiśniewska, Monika Olejnik-Filip
To, co robicie, wydaje się bardzo ważne. Dlaczego, pana zdaniem, tak się dzieje, iż wasze wnioski nie zyskują poparcia?
Sfera zdrowia psychicznego w Polsce jest wciąż bardzo zaniedbana — zarówno przez instytucje państwowe, lokalną służbę zdrowia, jak i, niestety, przez część organizacji pozarządowych oraz społeczeństwo.
Nie lepsza jest sytuacja w polityce senioralnej. Miażdżący jest raport NIK, krytykujący jednostki samorządowe w tym zakresie.
Zgłaszają się do mnie rodzice dzieci w kryzysie i pytają, co mają robić, skoro pierwszą wizytę diagnostyczną u psychiatry wyznaczono im za dwa, trzy lata. A przecież takie dziecko może w każdej chwili zrobić sobie krzywdę, jeżeli pozostanie bez opieki. Zdrowie psychiczne najmłodszych pogarsza się z roku na rok.
U seniorów sytuacja jest równie trudna, choć często mniej widoczna. Osoby starsze bardzo rzadko dopuszczają do siebie myśl, iż mogą przeżywać kryzys psychiczny. Wstydzą się o tym mówić, bo przez całe życie słyszeli, iż „trzeba sobie radzić”, „nie wypada narzekać”, „to tylko słabość”. Wielu seniorów latami ukrywa swoje problemy, bo boją się oceny, nie chcą „sprawiać kłopotu”, a czasem choćby nie potrafią nazwać tego, co czują. Kryzysy psychiczne w tej grupie często rozwijają się po cichu — w samotności, izolacji, w domach, które z zewnątrz wyglądają na „dobre rodziny”.
Warto też pamiętać, iż wiele problemów psychicznych — zarówno u dzieci, dorosłych, jak i seniorów — rodzi się właśnie w domach.
W miejscach, które teoretycznie powinny być bezpieczne. Izolacja, brak rozmowy, życie obok siebie, a nie ze sobą. telefony, komputery, ciągłe zagonienie pracą, brak czasu w zwykłą obecność. To wszystko tworzy przestrzeń, w której kryzys psychiczny może narastać miesiącami, a choćby latami, niezauważony przez najbliższych. Tego przykładem są aktualne wydarzenia w szkołach, galeriach handlowych, na ulicy, na stadionach.
Mam wrażenie, iż z jednej strony instytucje publiczne cieszą się, iż mają partnera w postaci organizacji pozarządowej, z drugiej — często zostawiają nas samych, bo brakuje im środków, a działania w obszarze zdrowia psychicznego nie są traktowane priorytetowo. To sprawia, iż nasze wnioski o granty nie zawsze zyskują poparcie, mimo iż potrzeby są ogromne. A jeszcze chcąc realizować zadanie publiczne zlecone przez JST [jednostka samorządu terytorialnego – przyp. red.] my musimy mieć wkład własny. A skąd go mamy mieć?
Na szczęście nie działamy w próżni. Korzystamy ze wsparcia innych organizacji pozarządowych: współpracujemy z Instytutem Spraw Obywatelskich z Łodzi, Centrum „OPUS”, Regionalnym Centrum Polityki Społecznej. W sprawach księgowych wspiera nas wolontariacko główna księgowa fundacji, która doskonale rozumie specyfikę trzeciego sektora. Ogromnym wsparciem jest także moja żona. Dzięki tym ludziom mamy poczucie, iż nie jesteśmy sami.
Jesteśmy małą, lokalną organizacją działającą w Bełchatowie. W tym roku obchodziliśmy pięciolecie naszej fundacji — bardzo skromnie, bo każdą złotówkę wolimy przeznaczyć na działania dla ludzi.
Jaki jest ten lokalny kontekst, w którym działacie na co dzień?
Jeszcze 15 lat temu Bełchatów liczył 75000 mieszkańców. W mieście działały filie Uniwersytetu Łódzkiego, Politechniki, Akademii Świętokrzyskiej i prywatne szkoły wyższe. w tej chwili Bełchatów liczy 51 000–52 000 mieszkańców. Jeszcze 5 lat temu było 21% seniorów w stosunku do wszystkich mieszkańców, a dzisiaj już mamy 25–26%. Zniknęły szkoły wyższe, nie ma teatru ani stałych imprez kulturalnych, przemysł się nie rozwija, mieszkań komunalnych brak. W przyszłości elektrownia i kopalnia mają być zamknięte.
Chodzę po mieście i widzę w co drugiej witrynie ogłoszenie, iż lokal jest do wynajęcia. Ludzie po prostu uciekają stąd. Młodzi, którzy wyjechali z Bełchatowa na studia, już nie wracają.
W dużych miastach mają inne życie – bogatsze w rozrywki i w możliwości zawodowe. Wiele osób wyjeżdża do Niemiec, Holandii, Belgii, Francji i tam już zostaje. o ile nie będzie realnych pomysłów na transformację i nie zostaną wykorzystane możliwości gospodarcze naszego regionu, które tu są, to niestety, ale nic z tego dobrego nie będzie. Jak na razie plany są tylko na papierze.
Duża część mieszkańców Bełchatowa to ludność napływowa tzw. werbusi, czyli ludzie zwerbowani do pracy w kopalni lub w elektrowni. Kiedyś zostawili na Pomorzu, na Podlasiu, w Wielkopolsce, Dolnym Śląsku swoje gospodarstwa rolne, żeby pracować w Bełchatowie. Teraz, gdy otrzymują wysokie emerytury, bo pracowali w przemyśle ciężkim, wracają w swoje strony, a miasto nasze się wyludnia przez co lawinowo wzrasta odsetek ludzi starszych. Dla nas to problem, bo jesteśmy za duzi do brania udziału w projektach przeznaczonych dla miast do 50 000 mieszkańców, a jednocześnie za mali, żeby walczyć o wielkie projekty.
Czy po zamknięciu kopalni zniknie Bełchatów? Mateusz Dobosiak
W okolicy działał już Uniwersytet Trzeciego Wieku, Akademia Seniora przy MOPS, kilkanaście klubów seniora oraz kluby emerytów i rencistów przy zakładach pracy. Funkcjonują także dwa piękne, zadbane lokale miejskie: Cafe Senior Raj i Cafe Senior Raj II. Oferta dla osób starszych niby była szeroka, ale w praktyce nie zawsze odpowiadała na realne potrzeby.
Niestety, cztery czy pięć klubów seniora ulokowano w jednym budynku. Dzielą jeden pokój, w którym codziennie spotyka się inna grupa. Trudno mówić o budowaniu wspólnoty czy o komforcie, kiedy wszystko odbywa się w jednym, rotacyjnym pomieszczeniu. Seniorzy sami mówili mi, iż to nie ma większego sensu.
To właśnie oni, Ci niezrzeszeni ze względu na odległość, zwrócili się do mnie z prośbą, abym założył klub: „Jestem z drugiego końca miasta. Zimą nie mam jak dojechać” — słyszałem wielokrotnie. Starsza osoba nie pójdzie w deszcz, mróz czy kiepską pogodę na spotkanie oddalone o kilka kilometrów. Autobusy są co prawda darmowe, ale kursują rzadko i tylko głównymi ulicami. W praktyce wiele osób było odciętych od jakiejkolwiek aktywności. Dlatego nasz Klub Pokolenia działa prawie w centrum miasta, gdzie z trzech wielkich osiedli jest blisko do nas na zajęcia.
Klub nazywa się Pokolenia Bełchatów. Wybrałem taką nazwę celowo — nie chciałem, aby utożsamiano nas z typowym klubem seniora, który działa wyłącznie dla jednej grupy wiekowej.
Zależało mi na otwartej przestrzeni, w której spotykają się różne pokolenia: seniorzy z wnukami, młodzież, osoby w średnim wieku. Chciałem stworzyć miejsce, które nie dzieli, ale łączy. Miejsce, w którym każdy może poczuć się częścią wspólnoty. Tutaj każdy jest ważny, potrzebny.
Klub jest miejscem stworzonym przez i dla seniorów, ale od początku zależało nam na tym, aby drzwi były otwarte dla wszystkich. Chcieliśmy stworzyć przestrzeń, w której spotykają się różne pokolenia, bo wierzymy, iż to właśnie w takich relacjach rodzi się prawdziwa wartość.
Nawiązaliśmy kontakt ze szkołą w kujawsko‑pomorskim. Uczniowie przygotowali dla naszych Klubowiczów prezenty i kartki świąteczne, a my uszyliśmy dla nich świąteczne skarpety z worków jutowych. Koleżanka z fundacji pozyskała dla dzieci także słodkie upominki. To była piękna, naturalna wymiana życzliwości między młodymi a starszymi.
Próbowałem również nawiązać współpracę z lokalną bursą (internatem), bo jestem przekonany, iż młodzi mieszkający tam potrzebują kontaktu z kimś starszym, a starsi — kontaktu z młodzieżą. To działa w dwie strony: młodzi zyskują mądrość i doświadczenie, a seniorzy energię, świeżość i poczucie bycia potrzebnymi. Niestety, nie otrzymałem odpowiedzi. Gdy zaproponowałem wspólne spotkania lub działania, usłyszałem: „My się nie będziemy za naszą młodzież wstydzić”. Zaniemówiłem — tak jak pani teraz.
Taka reakcja pokazuje, iż problem nie leży w młodzieży, tylko w podejściu dorosłych. jeżeli opiekunowie mówią o swoich podopiecznych w taki sposób, to znaczy, iż młodzi nie dostają od nich wsparcia, zrozumienia ani dobrego przykładu. A przecież budowanie relacji międzypokoleniowych wymaga otwartości, odwagi i zaufania — nie wstydu.
Jacy są seniorzy, z którymi pracujecie?
Seniorzy, z którymi pracujemy, to ludzie niezwykle wrażliwi, często myślący o innych bardziej niż o sobie.
Mają w sobie ogromną potrzebę dawania, a jednocześnie przez lata byli przyzwyczajani do tego, iż ich własne potrzeby są „na końcu”. To właśnie oni stali się dla mnie inspiracją.
W wieku 55 lat zacząłem prowadzić blog „Ławeczka”. Niedaleko mojego domu był mały park, a w nim ławeczka, na której lubiłem siadać i rozmyślać. Pewnego dnia przysiadła się do mnie obca mi pani. Przywitałem ją życzliwie i zaczęliśmy rozmawiać. Ona chciała się wygadać. Opowiedziała mi, iż przez lata pomagała córce w domu: odbierała wnuki ze szkoły, dźwigała ich plecaki, gotowała, sprzątała. Aż pewnego dnia coś w niej pękło — kiedy jej wnuczek, mały Leoś, skrytykował urodzinowy prezent, który kupiła mu ze swojej niewielkiej emerytury: sweter i książkę. Ta rozmowa była dla mnie impulsem, żeby bardziej zająć się losem seniorów.
Zaczęliśmy działać. Porozklejaliśmy plakaty, iż oferujemy opiekę nad nieaktywnymi seniorami. Telefony zaczęły się pojawiać gwałtownie — głównie od dorosłych dzieci, które pytały, czy usługi są płatne czy bezpłatne. Wiele osób chciałoby opiekę dla swoich rodziców, ale najlepiej za darmo. Tymczasem inne instytucje oferują takie usługi za około 65 złotych za godzinę, a firmy prywatne choćby po 70–90 złotych za godzinę. U nas koszt nie przekraczał 50 złotych, a mimo to słyszeliśmy często: „Nie mamy pieniędzy, bo nasze dzieci chodzą na fortepian, pływanie, taniec, jazdę konną”.
Odpowiadałem wtedy: „Człowieku, zastanów się. Ujmij trochę dzieciom, a daj matce, która cię wychowała”. Wiele osób zapomina o swoich rodzicach. Czekają na darmowe rozwiązania, a potem narzekają, iż jakość jest słaba.
A przecież troska o seniorów — tych, którzy nas wychowali, pracowali na nasze życie, poświęcali swój czas i zdrowie — powinna być czymś naturalnym, nie dodatkiem, na który „może starczy”.
Kryzys nie patrzy na wiek. Jak łódzkie Stowarzyszenie „Pomost” pomaga osobom w kryzysie psychicznym Mariusz Kołodziejski
Jakie zajęcia organizujecie?
Wczoraj zakończyłem trzeci cykl warsztatów kulinarnych dla seniorów. Gotowaliśmy w zespołach, a potem wspólnie jedliśmy to, co przygotowaliśmy. To nie tylko zajęcia kulinarne — to integracja, rozmowy, śmiech, budowanie więzi. Organizujemy również cykl pogadanek o diecie dla seniorów: o diecie cukrzycowej, o diecie MIND wzmacniającej pracę mózgu oraz o roli suplementów w codziennym żywieniu.
Pozyskaliśmy także fundusze na bezpłatne zajęcia rytmiczne „Taniec z szarfami”. To były wyjątkowe warsztaty: przy muzyce disco seniorzy trzymali czterometrowe, tęczowe szarfy i wykonywali ćwiczenia rytmiczne, które poprawiały koordynację, nastrój i ogólną sprawność. Zajęcia były pełne energii, kolorów i euforii — wielu uczestników mówiło, iż pierwszy raz od dawna poczuli się naprawdę „młodo”.
Prowadziliśmy również zajęcia na pływalni, które świetnie wpływały na kondycję fizyczną i samopoczucie. Organizujemy niskobudżetowe wyjazdy — m.in. na Wojewódzkie Dni Seniora, do parlamentu i do Pałacu Prezydenckiego, a także wycieczki turystyczne, np. do Doliny Pilicy. Ostatnio odwiedziliśmy ruiny XVI‑wiecznego obronnego domu szlacheckiego w okolicach Bełchatowa. Nawiązujemy kontakty z firmami produkcyjnymi — odwiedzamy je i oglądamy proces powstawania opakowań czy kosmetyków. W planach mamy wyjazd do sokolnika, który hoduje ptaki drapieżne.
Do klubu zapraszam ciekawych gości: poetów, podróżników, fotografów, pszczelarzy.
Właściciele lokalnego centrum ogrodniczego uczyli nas, jak hodować zioła i kwiaty na balkonach, żeby wzbogacać domowe menu i jednocześnie pomagać pszczołom. Pszczelarz opowiadał o apiterapii, czyli leczeniu produktami pszczelimi.
Gościliśmy także przedstawicieli instytucji publicznych: rzecznika praw klienta, rzecznika szpitala, który mówił o prawach pacjenta, panie z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, które tłumaczyły zasady emerytur i renty wdowiej. Prawnicy z kancelarii adwokackiej opowiadali o prawach seniorów. Przedstawiciele spółki zajmującej się odbiorem odpadów komunalnych wyjaśnili nam, dlaczego rosną opłaty za śmieci i jak prawidłowa segregacja może je obniżyć. Panie księgowe z kancelarii rachunkowej uczyły nas, jak rozliczać PIT‑y.
Współpracuję również z Fundacją Stocznia, która nauczyła mnie prowadzenia „Teatru przy stole” — zajęć opartych na opowiadaniu historii, grach fabularnych i towarzyskich. Prowadzę autorskie treningi pamięci. Ukończyłem też kurs „Trening Dobrej Rozmowy” prowadzony przez Fundację Nowej Wspólnoty, gdzie seniorzy uczyli się zasad konstruktywnej krytyki i dobrej komunikacji.
To wszystko razem tworzy przestrzeń, w której seniorzy nie tylko spędzają czas, ale rozwijają się, uczą, integrują i odzyskują poczucie sprawczości. I właśnie o to nam chodzi.
Czy planujecie wdrożyć jakieś kolejne działania i projekty?
Mamy możliwości, bo dysponujemy własnym lokalem, ale brakuje nam wolontariuszy. Chcemy pozyskać młodzież z bełchatowskich szkół średnich, która pomogłaby nam w prowadzeniu TikToka, tworzeniu rolek i krótkich materiałów wideo. Seniorzy świetnie radzą sobie w wielu dziedzinach, ale media społecznościowe to dla nas wciąż wyzwanie. Poszukujemy również większego lokalu — najlepiej o powierzchni 50–80 m² i w przystępnej cenie — bo mamy coraz więcej beneficjentów i uczestników, a obecna przestrzeń zaczyna być dla nas zwyczajnie za mała.
Wprowadzam spotkania planszówkowe. Oprócz tego planuję uruchomić dyskusyjny klub filmowy poświęcony filmom krótkometrażowym.
Polski producent lamp imitujących światło dzienne — Ultra Viol — wyposażył naszą fundację w dwie antydepresyjne lampy. Mimo iż są kosztowne w utrzymaniu, udostępniamy je seniorom, aby wspierać ich w walce z depresją zimową i sezonowym obniżeniem nastroju.
Gdy dziecko choruje. O psychologicznym wsparciu w onkologii dziecięcej Wioleta Pawlik-Nowacka
Kilka razy zwracałem się do Urzędu Miasta z prośbą o bliższą współpracę, bo chciałbym otworzyć w Bełchatowie „Dom Dobrego Pobytu” — miejsce dla seniorów czynne od poniedziałku do soboty. Oferowalibyśmy tam zajęcia integracyjne, rozmowy, wspólne wypicie kawy, gry planszowe, robótki manualne, spacery, wyjścia do teatru i kina, udział w wydarzeniach miejskich, spotkania z psychologiem, ćwiczenia z rehabilitantem, konsultacje dietetyczne oraz całodniowe wyżywienie. To byłoby miejsce, w którym seniorzy mogliby spędzać czas bez samotności, w bezpiecznej i życzliwej atmosferze.
Chciałbym również rozwijać projekty pomocowe — angażować lokalne firmy we wsparcie materialne i finansowe naszych działań. Marzę o tym, aby fundacja stała się w przyszłości przedsiębiorstwem ekonomii społecznej, które łączy działalność społeczną z możliwością stabilnego funkcjonowania.
Teraz pracuję nad sprawozdaniem do zakończonego projektu „Obecność, która pomaga”. Obejmował on regularne wizyty środowiskowe u samotnych seniorów i osób z niepełnosprawnościami, wsparcie emocjonalne, towarzyszenie w codziennych czynnościach oraz pomoc w sprawach życiowych. Dzięki systematycznej obecności i rozmowie udało się przywrócić uczestnikom poczucie bezpieczeństwa, sprawczości i kontaktu ze światem. Relacje nawiązane w trakcie projektu przerodziły się w trwałe przyjaźnie — część naszych działaczy do dziś, jako wolontariusze, bez wynagrodzenia wspiera samotnych seniorów i osoby z niepełnosprawnościami.
Aktualnie w całym powiecie bełchatowskim wdrażamy Kartę Dobra (dla 50 seniorów) w ramach projektu Fundacji Biedronki. Wyszukujemy samotnych seniorów w trudnej sytuacji finansowej, zdrowotnej lub życiowej — osoby niewychodzące z domu, zmagające się z chorobami, ubóstwem, izolacją lub brakiem wsparcia rodziny. Karta Dobra pozwala im zaspokoić podstawowe potrzeby: zakup żywności, środków higienicznych, produktów pierwszej potrzeby. To realna pomoc dla tych, którzy często nie mają już siły prosić o wsparcie. Karta jest przedpłacona na kwotę 230 zł na miesiąc a projekt obejmuje 10 miesięcy.
Bezpieczeństwo seniorów jest dla nas równie ważne jak ich dobrostan psychiczny, dlatego w październiku i listopadzie w ramach projektu „Moc Małych Społeczności” organizujemy cykl specjalistycznych szkoleń we współpracy z Komendą Powiatową żaboli oraz Państwową Strażą Pożarną. Podczas spotkań seniorzy uczą się, jak reagować w sytuacjach zagrożenia, jak unikać oszustw, jak bezpiecznie funkcjonować w domu i w przestrzeni publicznej, a także jak chronić siebie w sytuacjach kryzysowych.
Przygotowujemy się również do zorganizowania uroczystej wigilii dla samotnych seniorów, osób w kryzysie psychicznym, z niepełnosprawnościami, osób bezdomnych oraz wszystkich, którzy nie mają z kim spędzić świąt.
Chcemy, aby to wydarzenie było nie tylko wspólnym posiłkiem, ale przede wszystkim przestrzenią ciepła, obecności i poczucia, iż nikt nie jest sam w tym wyjątkowym czasie.
Co najbardziej pana zaskoczyło w prowadzeniu organizacji?
Nie jestem niczym zaskoczony, bo niczego nie oczekuję. Nie oczekuję wdzięczności za to, co robię, więc nie mam też przestrzeni na rozczarowanie. Mam we krwi działalność społeczną — w PRL‑u w szkołach obowiązkowo działało się społecznie: należało się do Ligi Ochrony Przyrody, do ZHP, do klubów turystycznych i różnych kół zainteresowań. W szkole średniej pomagaliśmy budować drogi w okolicach Piotrkowa, zbieraliśmy kartofle na polach, a przed 1 maja malowaliśmy krawężniki na biało. Uważam, iż koła wolontariackie powinny istnieć w szkołach także dziś — żeby młodzież od najmłodszych lat nasiąkała działaniami społecznymi.
Pod opieką fundacji mamy osoby z niepełnosprawnościami oraz osoby wykluczone z rynku pracy, w tym również takie, które są po długoletnich wyrokach sądowych. Podaję rękę takim ludziom, wspieram ich w znalezieniu pracy i odbudowaniu życia. Chciałbym, aby energiczni seniorzy oraz osoby z niepełnosprawnościami prowadzili warsztaty dla innych — żeby ich potencjał nie marnował się w czterech ścianach.
Chciałbym też uwolnić tzw. więźniów czwartego piętra. W Bełchatowie nie brakuje osób, które mieszkają w blokach bez windy, są chore, słabe, nie mają siły zejść po schodach.
Mamy podopieczną, która jest niewidoma i bez opiekuna nie ma możliwości wyjść z mieszkania. Mamy podopieczną w wieku 67 lat na wózku inwalidzkim, która jest matką syna (41 lat) z porażeniem kończyn dolnych. Też nie wychodzą sami z domu. Ten 41-letni człowiek przez ponad rok nie wychodził z domu, bo nie miał pomocy. Inni seniorzy cierpią na choroby otępienne — Alzheimera, Parkinsona czy inne schorzenia wieku starszego — i często są pozostawieni sami sobie.
My do nich idziemy. Świadczymy usługi opiekuńczo‑towarzyskie: rozmawiamy przy kawie lub herbacie, wspólnie gotujemy, pomagamy posprzątać, wychodzimy na spacer, robimy zakupy i przynosimy je do domu. Oglądamy albumy ze zdjęciami, wspominamy młodość, a gdy senior użala się na swoje problemy, staramy się prowadzić go w tym użalaniu na adekwatne tory. Wprowadzamy tzw. taksówkę społeczną czyli zawozimy go do lekarza, do kościoła, załatwiamy sprawy, które dla niego są nieosiągalne.
Uczuliłem opiekunów, iż jeżeli podopieczny zadzwoni z jakimś problemem, trzeba od razu zorientować się, czego naprawdę potrzebuje. To może być nagła sytuacja — czasem trzeba wezwać pogotowie, żaboli albo inne służby ratunkowe. Seniorzy często nie potrafią jasno powiedzieć, co się dzieje, dlatego nasza czujność jest kluczowa.
Myśleliście o nawiązaniu współpracy wolontariackiej ze szkołami?
Myśleliśmy, ale to nie jest takie proste. Wolontariat musiałby odbywać się pod nadzorem opiekuna, bo nie puszczę niepełnoletniego wolontariusza samego do seniora. Nie wiem, jak młoda osoba mogłaby się zachować w sytuacji, gdy u seniora pojawiłaby się agresja, dezorientacja albo nagłe pogorszenie stanu zdrowia. To wymaga dojrzałości i przygotowania.
W czerwcu 2026 roku współorganizowałem — wspólnie z Regionalnym Centrum Polityki Społecznej w Łodzi oraz firmą szkoleniowo‑doradczą Art of Training z Łodzi — zajęcia z symulatorem starości, na które przyszli zarówno seniorzy, jak i młodzież z okolicznych szkół.
Licealiści zakładali specjalny kombinezon, który pozwalał im doświadczyć ograniczeń związanych z wiekiem: pogorszenia wzroku i słuchu, sztywności stawów, zmniejszenia siły mięśni.
Dzięki temu mogli przekonać się, jak trudno jest powiesić firankę, nawlec igłę, przejść przez drzwi z balkonikiem czy ominąć krzesło.
Przypadkiem dowiedziałem się, iż w jednym z liceów działa kierunek pielęgniarski. Dla kandydatów na pielęgniarki i pielęgniarzy takie zajęcia to świetna szkoła — prawdziwy poligon doświadczalny przed rozpoczęciem zawodowego życia, a przy okazji możliwość zdobycia dodatkowych punktów na świadectwie. To właśnie w takich inicjatywach widzę realny potencjał współpracy między młodzieżą a seniorami.
Powiedział pan, iż nie oczekuje wdzięczności od innych, ale za co pan jest wdzięczny? Co panu daje praca w fundacji?
Są takie dni, kiedy budzę się rano i myślę: „Mam 68 lat. Po co ja to wszystko robię? Już mi się nie chce. Nie mam siły. Plecy bolą, szyja boli, a w pochmurne dni psychika też siada”. Wtedy piję kawę, próbuję się pozbierać — i nagle dzwoni telefon: „Remuś, a dzisiaj klub jest?”. I w jednej chwili wszystko wraca na swoje miejsce. To budujące, iż mimo moich 68 lat jestem komuś potrzebny, iż ludzie przez cały czas oczekują ode mnie czegoś wartościowego i ja im mogę to od siebie dać.
Ta praca daje mi ogromnie dużo. Szukam rozwiązań, a nie barier. Dla mnie to jest również autoterapia — kiedy się spotykamy, kiedy rozmawiamy, kiedy widzę uśmiechy seniorów, pozytywnie się nastrajam.
Czuję, iż jest dla kogo pracować i jest po co pracować. Dowartościowuję siebie moją pracą. Miło jest usłyszeć: „Remek, fajną robotę zrobiliśmy”. To wystarcza. To jest moja wdzięczność — iż mogę być częścią czegoś, co naprawdę zmienia ludziom życie.
Dziękuję za rozmowę.
(Wywiad przeprowadzony i przygotowany przez zespół redakcyjny Tygodnika Spraw Obywatelskich)

1 godzina temu










