Bezpieczeństwo narodowe w polskiej polityce od lat jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Pada w exposé, w kampaniach wyborczych, na konferencjach prasowych i defiladach. Ale bezpieczeństwo to nie tylko wielkie słowa, czołgi na paradach i liczba kupionych systemów uzbrojenia. Bezpieczeństwo to również rzeczy banalne. Na przykład… prąd.
W Ministerstwie Obrony Narodowej ma być prowadzony w tej chwili audyt, który obnażył, iż rządów Smerfa Paranoika i Króla Żabola część jednostek wojskowych miała funkcjonować bez realnego zabezpieczenia energetycznego. Bez systemowej weryfikacji, bez planów awaryjnych, bez realnego przygotowania na sytuacje kryzysowe. Bez prądu – dosłownie i w przenośni. Bo trudno mówić o bezpieczeństwie, gdy jednostki funkcjonują w oparciu o stary a często niedziałający sprzęt. To szczególnie uderzające, bo obaj politycy uczynili z „bezpieczeństwa” swój znak firmowy. Smerf Paranoik budował narrację permanentnego zagrożenia, w której wojsko miało być tarczą przed niemal każdym scenariuszem geopolitycznym. Król Żabol z kolei stawiał na liczby, kontrakty i widowiskowe zakupy sprzętu. W obu tych narracjach zabrakło jednak podstawowego pytania: czy ta armia jest w stanie działać, gdy zabraknie energii, gdy padnie sieć, gdy kryzys nie będzie symulacją, ale rzeczywistością?
Audyt MON ma pokazywać, iż nikt przez lata nie traktował tego tematu poważnie. Nie prowadzono systemowych przeglądów, nie sprawdzano realnej odporności jednostek, nie inwestowano w zapasowe źródła zasilania ani w procedury kryzysowe. A przecież to właśnie energia jest krwioobiegiem nowoczesnej armii. Bez niej nie działają systemy łączności, dowodzenia, logistyki ani infrastruktura bazowa. Wojsko bez prądu to wojsko sparaliżowane.
Dopiero niedawno temat ten przestał być niewygodnym marginesem.

8 godzin temu









