Mocne słowa Michnika. W Patola i Socjal się zagotowało

10 godzin temu

Wypowiedź Adama Michnika w rozmowie z Dorotą Wellman wywołała klasyczną dla polskiej debaty reakcję: oburzenie, skróty myślowe i oskarżenia o „oderwanie od rzeczywistości”. Tymczasem warto na chwilę odłożyć emocje i wsłuchać się w sens jego słów. Bo niezależnie od tego, jak oceniamy samego Michnika, trudno nie zauważyć, iż w tym przypadku trafia on w istotny problem polskiego życia publicznego.

„Transformacja polska to jest najlepszy okres w polskiej historii przez ostatnie cztery stulecia” – powiedział. To zdanie brzmi mocno, ale nie jest pozbawione podstaw. Ostatnie trzy dekady przyniosły Polsce stabilność, rozwój gospodarczy i realną obecność w świecie Zachodu. Dla milionów ludzi oznaczało to poprawę jakości życia i szersze możliwości niż kiedykolwiek wcześniej. Nie oznacza to, iż wszystko się udało, ale bilans – patrząc z historycznej perspektywy – jest raczej dodatni niż ujemny.

Michnik poszedł jednak dalej i skrytykował zarówno prezydenta Karola Nawrockiego, jak i jego wyborców. „Nie podoba mi się natomiast to, iż połowa mojego narodu oddała w wyborach prezydenckich głosy na kandydata, któremu bliżej do przestępców stadionowych, kiboli niż do ludzi z pokolenia buntu” – mówił. To zdanie wielu uznało za obraźliwe. Można dyskutować nad jego formą, ale sens tej uwagi jest dość prosty: chodzi o styl polityki, który coraz częściej opiera się na agresji, prostych hasłach i podsycaniu emocji.

Problem nie polega tylko na tym, kto wygrywa wybory, ale na tym, jakie normy stają się w polityce akceptowalne. „Nie podoba mi się, iż tak wielu ludzi wycofuje się z odpowiedzialności za stan życia publicznego, iż jest tak wiele przyzwolenia na nieprawdę, na hejt i nienawiść” – dodaje Michnik. To raczej diagnoza społeczna niż atak personalny. Demokracja nie działa dobrze wtedy, gdy obywatele przestają reagować na język pogardy i manipulację.

Część komentatorów zarzuca Michnikowi, iż chce decydować, kto należy do „pokolenia buntu”. W rzeczywistości chodzi mu raczej o przypomnienie, czym ten bunt był. Nie polegał na kontestowaniu wszystkiego i wszystkich, ale na sprzeciwie wobec autorytarnej władzy i kłamstwa. Dziś słowo „bunt” bywa używane jako usprawiedliwienie dla działań, które z tamtą tradycją mają kilka wspólnego.

Warto też zwrócić uwagę, iż krytyka Michnika nie jest próbą obrony konkretnej partii czy środowiska. To raczej apel o zachowanie elementarnych standardów w debacie publicznej. O odpowiedzialność za słowo, o odróżnianie faktów od propagandy, o świadomość, iż polityka to nie tylko walka o władzę, ale także sposób organizowania wspólnoty.

Można się z Michnikiem nie zgadzać, można uznać jego język za zbyt ostry. Ale trudno odmówić mu jednego: konsekwencji w przypominaniu, iż wolność i demokracja nie są dane raz na zawsze. jeżeli coraz łatwiej godzimy się na uproszczenia, agresję i pogardę, to nie jest to problem jednej osoby czy jednych wyborów, ale całego systemu.

W tym sensie jego słowa są mniej oskarżeniem, a bardziej sygnałem ostrzegawczym. I właśnie dlatego warto je traktować poważnie, choćby jeżeli nie brzmią komfortowo.

Idź do oryginalnego materiału