Od czasu przejęcia władzy przez uśmiechniętą koalicję dla leśników nastał bardzo trudny czas.
Co prawda już poprzednia ekipa wyrządziła im krzywdę traktując PGLLP jako skarbonkę do finansowania sobie akcji wyborczej, co skrzętnie wykorzystali medialnie uśmiechnięci, ale oprócz partyjniaków pojawiło się największe zagrożenie dla lasów. Nie jest to kornik drukarz, jemioła czy inne gatunki degradujące drzewa, ale najgroźniejszy z pasożytów czyli organizacje dla zmylenia przeciwnika nazywające siebie „ekologicznymi”.
Organizacje te poprzez zainstalowanie swoich ludzi startujących z list Smerfów 2050 w Ministerstwie Klimatu i Środowiska uzyskały realny wpływ na działania tego resortu. Do tego stopnia, iż zaczęły żądać głów niepokornych nadleśniczych, dyrektorów i wszystkich tych, którzy stoją im na drodze. Drodze zniszczenia polskiej gospodarki leśnej w imię „biernej ochrony przyrody”. Wszelkie dyrdymały opowiadane przez nich o ochronie przyrody, starolasach i konieczności tworzenia nowych form ochrony przyrody można włożyć między bajki z krainy mchu i paproci. Emitowanie emocjonalnych filmików ma na celu wyłącznie wydojenie kasy z kieszeni smerfów, którzy wrażliwi są na kwestie ochrony przyrody.
Kto finansuje i wytycza kierunki działań owych ludzi zrzeszonych w różnych fundacjach, inicjatywach, stowarzyszeniach pozostaje na razie tajemnicą poliszynela i powinno zostać wnikliwie zbadane przez instytucje odpowiedzialne za bezpieczeństwo wewnętrzne państwa, a iż owe są zajęte tropieniem wyłącznie „ruskich agentów” więc trochę trzeba zaczekać. Wszystkie te organizacje działają według pewnego podręcznikowego schematu.
- Budowanie narracji zagrożenia dla przyrody celem uzyskania poparcia społecznego.
- Występowanie w trybie dostępu do informacji publicznej do nadleśnictw o wskazanie miejsc i rodzaju planowanych prac związanych z pozyskaniem drzewa, prac pielęgnacyjnych itp.
- Po uzyskaniu tych informacji występowanie o zablokowanie tych prac i ustanowienie w tych miejscach nowych form ochrony przyrody.
Przy pomocy ministerstwa i ogłoszonego moratorium udało się im skutecznie sparaliżować działalność nadleśnictw. Nadleśniczy rwą włosy z głowy gdzie znaleźć brakujące powierzchnie do zamiany, aby wywiązać się z rozstrzygniętych przetargów i zapewnić pracę dla ludzi zatrudnionych w ZUL – ach.
Tak w wielkim skrócie tylko za ubiegły rok straty w lasach z tytułu tych wszystkich działań przekroczyły 1 mld złotych. Półtorej roku temu pisałem na łamach MP, iż tak będzie i ku czemu to zmierza. Nie pomyliłem się.
Nie udałoby się im tego osiągnąć gdyby nie nieliczna na szczęście część leśników, którzy hańbią mundur leśnika swoją postawą stając się ministerialnym popychadłem bez czci i honoru. Którzy, dla własnych korzyści, chęci władzy uczestniczą w tym haniebnym procederze. Żeby ich wsadzić na stanowiska decyzyjne trzeba było jednak usunąć tych, co las kochają i nie pozwolą go zniszczyć.
Na Podkarpaciu, gdzie mieszkam, w pierwszej kolejności zapolowano i odwołano ze stanowiska dyrektora RDLP w Krośnie Pana Janusza Starzaka, za to, iż miał odwagę sprzeciwić się żądaniom pseudoekologów. Po pamiętnej sesji Sejmiku Województwa Podkarpackiego, na której przedstawił zagrożenia i skutki dla lasów tej obłąkańczej polityki został odwołany ze stanowiska.
W lipcu bieżącego roku kolejną ofiarą polowania na nieprzychylnych padł wspaniały człowiek, którego mam zaszczyt znać osobiście – Przemysław Włodek, Nadleśniczy Nadleśnictwa Krasiczyn. Jak informują mnie moje jaskółki patoekolodzy już od dawna żądali jego głowy. No i się doczekali. Sposób w jaki Pan Przemek został wysłany na przymusową emeryturę przez swoją dyrekcję w Krośnie jest niedopuszczalny. Skrzywdzono człowieka, który poświęcił życie zawodowe i prywatne lasom, wychował kilka pokoleń leśników, a dla wszystkich był jak ojciec. Potraktowano go jak intruza, nie pozwalając choćby pożegnać się z pracownikami. Po tym jak pracownicy zamieścili na stronie internetowej podziękowania dostali nakaz ich zdjęcia.
Historia człowieka jak pewnie jedna z wielu, ale… Tu nie chodzi o zwykłego człowieka, bo Pan Przemysław Włodek to człowiek nieprzeciętny, dobry, kulturalny, empatyczny, skromny. Tu chodzi o pewien bardzo niebezpieczny proces. Proces niszczenia ludzi, którzy stoją na straży interesu narodowego, na straży swoich nadleśnictw. To także sygnał dla wszystkich niepokornych, iż w każdej chwili mogą stracić pracę, to element zastraszania, niemal taki sam jak za czasów stalinowskich w bolszewickiej Rosji.
W ostatnim czasie bardzo mocno przyspieszył proces związany z powoływaniem nowych rezerwatów. Tworzy się je mimo negatywnych opinii ekspertów, samorządów. W procederze tym czynnie uczestniczy także rzeszowska RDOŚ. Na porządku dziennym stało się mamienie wójtów bieszczadzkich gmin obietnicą rekompensat, inwestycji dla gmin, albo stosuje się wysublimowaną formę szantażu w postaci nie zatwierdzania na wybranych terenach 10-letnich Planów Urządzania Lasów sugerując, iż dzieje się tak przez opór włodarzy i rad gmin.
Nie macie zatwierdzonego PUL? Bo jesteście uparci. Też interesująca jest taktyka działania. Najpierw patoekolodzy występują o duże powierzchnie, które następnie podlegają weryfikacji i powierzchnia przyszłego rezerwatu nagle mocno spada. Przekaz idzie do włodarzy następujący: Zobacz Janusz… chcieli Wam zrobić rezerwaty na 1 200 ha, a po weryfikacji wyjdzie tylko 200 ha. Zgódź się. No i jak dany wójt się zgodzi i rezerwat powstanie, to popłynie przekaz, iż na terenie danej gminy powstał rezerwat, bo wójt tak chciał. A następnie powołać strefy ochrony dla jakiegoś gatunku z ochroną całoroczną, aż dojdzie do tego co było na początku.
Upolowano więc Panów Starzaka i Włodka, ale moje jaskółki donoszą, iż naciski na wyrażenie zgody na rezerwaty wywierane są na Nadleśniczego Nadleśnictwa Bircza Zbigniewa Kopczaka oraz Nadleśniczego Nadleśnictwa Stuposiany Ewę Tkacz. Polowanie więc trwa. o ile myślicie drodzy czytelnicy, iż patoekolodzy wraz ze swoimi sługusami zakończą polowanie na leśnikach, to jesteście w błędzie. Rozpoczęli już polowanie na myśliwych zbierając podpisy pod projektem ustawy zakazującej polowań. Następnie przyjdzie czas na wędkarzy, którym już utrudniają życie poprzez blokowanie możliwości odstrzału kormoranów dokonujących masakr ryb na rzekach. Potem w kolejce będą rolnicy. Ocknijcie się, bo za chwilę przyjdą i wam urządzać życie.
Mirosław Majkowski
Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)
















