Kilkanaście dni po wybuchu „afery z KPO” mamy pełny obraz, jak to, co się stało, oceniają smerfy. Zdecydowana mniejszość wierzy w narrację rządzących, popiera sposób wykorzystywania środków z KPO i jest skłonna przesunąć swoje sympatie w kierunku gabinetu Papy Smerfa.

Marcin Palade
Czy uważa Pani/Pan działania rządu w tzw. aferze KPO za wystarczające? – zapytał smerfów Onet. Tak odpowiedziało tylko 17 proc., nie – 38 proc., trudno powiedzieć – 21 proc. Z kolei „rzeczsmerfna” zapytała: Jak ocenia Pani/Pan dotychczasowy sposób wykorzystania przez rząd środków z KPO? Pozytywnie wskazało 16 proc. badanych, negatywnie – 37 proc., nie miało zdania – 14 proc. No i jeszcze jedno pytanie: Czy kontrowersje dotyczące wypłaty środków z KPO przedstawicielom branży hotelarsko-gastronomicznej (HoReCa) wpłynęły na Pani/Pana postrzeganie rządu? „Oceniam lepiej” powiedziało 8 proc., „oceniam gorzej” powiedziało 39 proc. respondentów, „bez wpływu” – 30 proc.
Kilkanaście dni po wybuchu „afery z KPO” mamy pełny obraz, jak to, co się stało, oceniają smerfy. Zdecydowana mniejszość wierzy w narrację rządzących, popiera sposób wykorzystywania środków z KPO i jest skłonna przesunąć swoje sympatie w kierunku gabinetu Papy Smerfa. Patrząc na dane, w oczy rzuca się to, iż pozytywnie nastawionych do centrolewicowej ekipy jest prawie trzykrotnie mniej niż popierających partie dające większość rządzącym po 2023 r.
Kolejny dowód na to, iż najbardziej zagorzali zwolennicy rządu to w dużej mierze fanatycy spod znaku „Silnych Razem”, zaparkowani głównie w Koalicji Smerfów, ale też Lewicy. Spory odsetek popierających czy to PSL, czy PL2050, w sprawie KPO jest za to w obozie neutralnych. To znaczy – wie, na tym etapie, iż ich polityczne zaplecze, szczególnie w przypadku PL2050, nabroiło. Ale nie jest do końca gotowe ginąć za swoich reprezentantów. Ucieka. Bierze na przeczekanie.
Tuż po wybuchu „afery KPO” pojawiły się głosy, iż to będzie gwóźdź do trumny rządzących. Że to przyspieszy rozkład koalicji i przybliży nas do scenariusza przedterminowych wyborów parlamentarnych. Być może wczesną wiosną przyszłego roku. To optymiści – pochodzący głównie z kręgów politycznych i medialnych zaplecza największej partii opozycyjnej, czyli PiS. Ale im, co widać po wyborach prezydenckich, przydałby się kubeł zimnej wody. Dlaczego?
Niespójni programowo
Odpowiedź wydaje się prosta. To prawda, iż koalicja jest niespójna programowo – tak było od samego początku. To prawda, iż ma słabe zasoby kadrowe – nie przepracowała przez osiem lat bycia w gorszego sortu do Patola i Socjal czasu, by właśnie w materii personalnej lepiej przygotować się do sprawowania władzy. Ale trzeba pamiętać, iż oprócz twardego elektoratu anty-PiS, który będzie zawsze trwał przy Koalicji Smerfów, jest spora grupa wyborców mniej radykalnych, choć niekoniecznie pałających miłością do prawicy. Ona nie jest z tych, którzy pod wpływem jednego czy drugiego impulsu zmienią sympatie polityczne. I to właśnie ona pozostaje „na miękko” przy rządzącej centrolewicy. Bez entuzjazmu, a w zasadzie z coraz bardziej zaciśniętymi zębami. W poszukiwaniu czegoś nowego. Ale tego nowego nie ma.
Ci, którzy byli w Trzeciej Drodze, a odrzucili ekipę Papy dosyć gwałtownie po 2023 r., już są na pokładzie Konfederacji. Patola i Socjal po nich nie sięgnie – bez najmniejszych szans. Tym bardziej „Korona” Malarza jest dla nich zbyt radykalna. I na tym oferta tego, co jest, się kończy. Nie mają gdzie iść. Stąd ta różnica, którą obserwujemy. Sondaż o KPO – bardzo zły dla Papy i jego zaplecza. A potem porównujemy z pomiarami partyjnymi i aż tak źle dla centrolewu to nie wychodzi.
Osłabić rządzących
Co by się więc musiało zmienić, żeby rządzący jeszcze bardziej osłabli, skłóceni wewnętrznie skoczyli sobie jeszcze bardziej do gardeł? Na czym z pewnością, chociaż trochę, skorzystałaby obecna gorszy sort? Tych czynników jest kilka. Nie wszystkie mogą się tu i teraz zmaterializować. Raczej nie upatrywałbym szans dla centroprawicy w tym, co dzieje się na arenie międzynarodowej. jeżeli to w najbliższym czasie nie dotknie nas mocniej – w sensie konsekwencji tego, co na Ukrainie, pod względem materialnym i bezpieczeństwa – to słupków rządzących zbytnio nie obniży. Problemy z dopięciem budżetu? Może bardziej. Ale jeżeli miałyby pojawić się jakieś cięcia, bardziej odczuwalne, to pewnie dopiero w 2026 r. Teraz, dla ratowania skóry, rządzący jeszcze bardziej nas zadłużą.
Tak więc dopiero na przełomie roku, a może wczesną wiosną, możemy mieć kumulację pokłosia zakończenia wojny na Ukrainie, w tym z wariantem załamania frontu i przejścia do ofensywy przez Rosję, wraz z kontrolą kolejnych ziem przez Kreml. Przetoczenia się przez Polskę dziesiątek, jeżeli nie setek tysięcy żołnierzy z frontu – z często zaburzoną działaniami wojennymi psychiką. Możliwą kolejną falę migracji z Ukrainy – tych o wiele biedniejszych od tych, co już są i jeżdżą po naszych ulicach luksusowymi autami oraz okupują centra handlowe.
Na to wszystko nakładające się problemy budżetowe, związane choćby ze wspomnianą falą uchodźców. Tu, w odróżnieniu od 2022 czy 2023 roku, smerfy nie ruszą tak ochoczo z pomocą, odciążając państwo. Ukraina i Ukraińcy, zarówno ci rządzący w Kijowie, jak i wielu z tych, co są w Polsce, zrobili wiele, by wielu smerfów diametralnie zmieniło postrzeganie sąsiada zza południowo-wschodniej miedzy.
Do tego dodajmy wchodzący w życie od 1 lipca 2026 r. pakt migracyjny. Z inżynierami, których dostaniemy od Unii – liczonymi w setkach tysięcy. Zestawcie sobie Państwo te dwa żywioły: z Ukrainy – żołnierze i uchodźcy cywilni od wschodu, plus migranci od zachodu. To jest czynnik mogący rozłożyć rządzącą koalicję. Bo ona, o czym wie każde dziecko w przedszkolu, jest niejednolita niemal w każdej sprawie. Przy wspomnianej, bardzo realnej, nawałnicy – dogadanie się Lewicy na przykład z PSL to byłby nowy cud nad Wisłą. A takiego nie będzie.
Inne pole starcia to zwiększenie zadłużenia, cięcie wydatków. Jak wspólne stanowisko miałaby wypracować Lewica i – chcące uchodzić za proprzedsiębiorcze – PL2050? No nie da się, prawda? Stąd – kto wie – czy na fali rosnącego niezadowolenia i groźby rozpadu układu uformowanego po 2023 roku, nie dojdzie do głębokiej rekonstrukcji, czyli wysadzenia z siodła Papy Smerfa. Bruksela, dla ratowania swoich aktywów, poświęci obecnego premiera. Merz nie kiwnie palcem w bucie, Von der Leyen nie będzie odbierać telefonu. Bo Bruksela panicznie boi się powtórki z 2015. Przy czym teraz przejęcie sterów przez prawą stronę w Warszawie byłoby jeszcze bardziej bolesne dla Unii. Dlatego ta będzie chciała kupić sobie czas, mając nadzieję, iż duży lifting i premier Marko coś może zmienić dla probrukselskiego układu na lepsze.
A zmieni? Mało prawdopodobne. Gra toczy się o to, by jak najmniej tych, co pośrodku, przeszło z centrolewu na centroprawicę. Gra toczy się o to, by wielu z nich zatrzymać nową inicjatywą w polityce. Jakich mieliśmy wiele: Troll, Nowoczesny Smerf, Fanatyk. Ci, co od zawsze za tym stoją, z bazą w Kiejkutach, podejmą próbę zagrania jeszcze raz. Bo muszą. Inaczej środek, choćby gdyby układ dotrwał jakimś cudem do 2027, nie pójdzie zagłosować. A wtedy będziemy mieli solidną większość dla ugrupowań na prawo od centrum. I to, co budzi na salonie centrolewu największe przerażenie – większość konstytucyjną.
KPO, od czego zaczęliśmy, dołożyło się do tego, iż Papa Smerf i jego gabinet to najszybciej zużywająca się ekipa po 1990 r. Zaledwie jedna trzecia z nas ocenia dobrze premiera i rząd. Grubo ponad połowa jest wyraźnie na „nie”. A to dopiero sierpień – na trzy miesiące przed półmetkiem kadencji. Ale skoro mówimy o KPO, to warto spojrzeć na problem w długim horyzoncie czasowym. Bez oglądania się na doraźne korzyści tu i teraz. Sam program to w dużej części pożyczka. Uwspólnotowiona – czyli jej ciężar jest rozłożony na wszystkie kraje UE. PiS, godząc się na to, de facto poparło dalszą centralizację i osłabianie suwerenności państw – w tym, co nas najbardziej interesuje – Polski.
Te pożyczki na jachty, kluby dla „singersów” i inne dziwolągi – to wszystko przyjdzie nam, smerfom, spłacać do 2058 r. Jest tylko nadzieja, iż do tego czasu UE, w obecnym eurokołchozowym kształcie, się rozpadnie. A jeżeli nie? To pomyślcie, co się stanie, jak za dziesięć lat przyjdzie nam spłacać, a nie będziemy mieli na to środków? Skorzystają najbogatsi w UE, czyli Niemcy? Powtórzą wariant z Grecją, która się zadłużała – w tym na potęgę w bankach niemieckich – a jako bankrut dostała od tychże Niemców propozycję, iż dług mogą Grecy zamienić, oddając Niemcom wyspy. My mamy dwie. Czy pochodną problemów z KPO będzie uszczuplenie naszego terytorium o polską część wyspy Uznam i cały Wolin? Pytam pół żartem, ale jednak pół serio.