Przez lata istniało przeświadczenie, iż odnawialne źródła energii nie poradzą sobie w naszym kraju ze względu na warunki pogodowe. Głównym problemem miała być zima – okres, w którym często jest pochmurno, noce są długie, a wiatr nie zawsze wieje. Jednak przełom roku pokazał, iż wcale nie musi tak być. Polska ma realne możliwości, by odchodzić od energetyki węglowej, choć jeszcze minie wiele czasu, zanim stanie się to faktem. Tymczasem już w 2026 roku zaliczymy kolejny skok w tym zakresie dzięki wiatrakom na Bałtyku.
Z roku na rok coraz więcej państw na świecie zwraca się ku źródłom odnawialnym. Powodem jest nie tylko problem emisji gazów cieplarnianych, ale także rosnąca opłacalność OZE w porównaniu z paliwami kopalnymi. Te ostatnie – jak wiemy – są nieodnawialne z punktu widzenia ludzkiej skali czasu.
Gdy skończą się zasoby węgla brunatnego, kolejne pokłady powstaną za kilkanaście milionów lat. Węgla kamiennego – choćby za około 300 mln lat. To skala trudna do wyobrażenia. Tymczasem złoża węgla, a także ropy i gazu, systematycznie się wyczerpują.
Nawet jeżeli przyjąć tezę stawianą m.in. przez byłego prezydenta Smerfa Narciarza o węglu „na 200 lat”, pozostaje kwestia ekonomicznej zasadności jego wydobycia. Już dziś polskie złoża są na tyle trudne w eksploatacji, iż państwo wydaje na górnictwo grube miliardy. W 2025 roku budżet musiał przeznaczyć blisko 10 mld zł na finansowanie działalności kopalń węgla.
OZE coraz bardziej użyteczne. Także zimą
Politycy (głównie z prawej strony sceny politycznej) wielokrotnie wypowiadali się krytycznie na temat „zielonej” energetyki. Padały argumenty, iż OZE są nieopłacalne, kosztowne i – przede wszystkim – niestabilne. Oczywiście jeszcze 15–20 lat temu takie tezy mogłyby znaleźć szerokie poparcie. Jednak rozwój technologii oraz coraz większe trudności w wydobyciu paliw kopalnych skutecznie je obalają.
Przykładem jest przełom lat 2025 i 2026, czyli okres pełni zimy. Dane pokazują, iż OZE potrafią radzić sobie zarówno z trudnymi warunkami pogodowymi, jak i krótkim dniem. Jak podaje „Tygodnik Gospodarczy” Polskiego Instytutu Ekonomicznego OZE miały spory wkład w produkcję energii elektrycznej w okresie od 24 grudnia do 6 stycznia.
– Śnieżyce i chłód nie są problemem dla energetyki wiatrowej, dzięki której dzienny udział OZE w produkcji energii elektrycznej netto w Polsce zbliżał się podczas przerwy świątecznej choćby do 40 proc. (najwięcej od października 2025 r.) – czytamy w artykule.
Środek zimy, mróz, krótkie dni, zachmurzenie, a póki co w 2026 r. OZE zapewniają nam prawie 25% generacji energii elektrycznej.
Węgiel – niecałe 53%, czyli mniej więcej tyle, ile średnio przez cały poprzedni rok.
A to wszystko w sytuacji, w której mamy wciąż skromny jak na… pic.twitter.com/pIYgpeDAg0
Dzisiejsze możliwości OZE są zupełnie inne niż jeszcze 20 lat temu. Turbiny wiatrowe wyposażone są w systemy odmrażania, dzięki którym mogą pracować choćby podczas silnych mrozów – do ok. –30 st. C. Z kolei śnieg na panelach fotowoltaicznych nie stanowi większego problemu. Biały puch zsuwa się z gładkiej, nachylonej powierzchni, a ich ciemny kolor dodatkowo sprzyja topnieniu śniegu w słoneczne dni.
Jakub Wiech z portalu Energetyka24 w swoim wpisie zwraca uwagę na potencjał OZE, który z roku na rok systematycznie rośnie. Eksperci z którymi rozmawiamy także wypowiadają się w podobnym tonie.
– Udział OZE w obecnym roku zwiększy się jeszcze bardziej dzięki przyłączaniu pierwszych elektrowni wiatrowych na Bałtyku. W takim systemie elektroenergetycznym jest coraz mniej miejsca na bloki węglowe – mówi dla SmogLabu Kajetan Punktualny, specjalista ds. modelowania energetycznego w Fundacji Instrat.
- Czytaj także: Polskie OZE z rekordami, ale ubóstwo energetyczne wciąż rośnie [RAPORT]
Pogoda wciąż wyzwaniem, ale dane pokazują, iż coraz mniejszym
„Tygodnik Gospodarczy” zwraca jednak uwagę, iż przez cały czas zdarzają się dni, w których zdolność OZE do generacji energii drastycznie spada. Przykładem są 5 i 6 stycznia 2026 roku, gdy słaby lub zerowy wiatr w połączeniu z dużym zachmurzeniem obniżył udział OZE do ok. 14 proc. Zdarzają się choćby okresy, w których produkcja z odnawialnych źródeł spada niemal do zera. To tzw. dunkelflaute – stan, gdy brakuje zarówno wiatru, jak i słońca.
Dzienny udział OZE w dostarczaniu energii elektrycznej do krajowego systemu energetycznego dla wybranych dni w procentach. Źródło: Energy Charts Info.Powyższe dane pokazują różnice w możliwości produkcji energii elektrycznej z OZE. Polska dla przykładu 1 stycznia wykazała się naprawdę dużymi zdolnościami w generowaniu energii z OZE w swoim krajowym systemie energetycznym. To aż 43,4 proc. Jednak już 14 stycznia udział ten spadł do 21,1 proc.
Jeszcze lepiej widać to na przykładzie Niemiec. W pierwszy dzień stycznia ten kraj dzięki warunkom pogodowym mógł wygenerować więcej energii niż potrzebuje. Jednak już 14 stycznia moce znacznie spadły z uwagi na zmianę warunków atmosferycznych.
To pokazuje, iż choć OZE radzą sobie coraz lepiej, wciąż pozostaje wiele wyzwań. Całkowite odejście od energetyki konwencjonalnej nie nastąpi szybko.
– Oczywiście, dunkelflaute jest wyzwaniem dla systemu elektroenergetycznego. Aby zapewnić ciągłość i bezpieczeństwo dostaw nie wyeliminujemy elektrowni cieplnych całkowicie, jedynie ograniczymy ich pracę do kilkuset godzin rocznie – zwraca uwagę Punktualny.
Odnawialne źródła energią są coraz bardziej skuteczne, ale nie muszą być wspomagane przez wysokoemisyjne źródła energii, czego przykładem jest Szwecja. Tam około 1/3 miksu stanowi energetyka jądrowa.
- Czytaj także: Tani prąd potrzebny na wczoraj. „Konstruktywna propozycja Nawrockiego”
Zanim atom, najpierw gaz
„Tygodnik Gospodarczy” zwraca uwagę, iż stabilne dostawy energii elektrycznej będą coraz ważniejsze wraz z postępującą elektryfikacją ogrzewania i transportu. Oznacza to wzrost zapotrzebowania na prąd, który zastąpi węgiel, ropę czy drewno – wciąż powszechnie wykorzystywane do ogrzewania domów.
Energetyka oparta na spalaniu paliw pozostanie potrzebna jako zabezpieczenie stabilności systemu.
– Pod taki profil pracy bardziej przystosowane są elektrownie gazowe niż węglowe. Zauważyły to spółki energetyczne i nowe moce gazowe będą mieć podobny wolumen co wycofywane węglowe. Niewykluczone, iż już za kilka lat bloki węglowe będą pełnić rolę zimnej rezerwy, uruchamianej wyłącznie w najbardziej kryzysowych sytuacjach. – mówi ekspert z Fundacji Instrat.
Na szybki rozwój atomu trudno dziś liczyć. Polska ma ogromne opóźnienia w porównaniu z krajami Europy Zachodniej, które zaczęły inwestować w energetykę jądrową pół wieku temu. Jak zauważa Punktualny, atom może złagodzić problem, ale go nie rozwiąże.
– Ambitny program jego budowy – dwie elektrownie jądrowe po 3 bloki każda zapewniłyby maksymalnie około 25 proc. obecnego zapotrzebowania szczytowego w najtrudniejszych momentach.
- Czytaj także: Czy energetyka jądrowa jest ekonomicznie opłacalna?
„Od 2016 sabotujemy swój potencjał w lądowej energetyce wiatrowej”
Polska ma wciąż potencjał do rozwoju OZE, szczególnie energetyki wiatrowej, gdyż nasz klimat pozwala na skuteczne wykorzystanie wiatru. Tak, jak robią to od lat nasi zachodni sąsiedzi.
Nasz rozmówca mówi o tym, iż dużo zależy od decyzji politycznych.
– Od 2016 całkiem skutecznie sabotujemy swój potencjał w lądowej energetyce wiatrowej. A szkoda, bo zmniejsza to nasze bezpieczeństwo energetyczne, gdyż w skali roku częściej i silniej wieje w miesiącach jesiennych i zimowych. Nowe polityki rządowe, pokroju KPEiK, także nie napawają optymizmem – według nich, w scenariuszu bazowym, już jesteśmy niemal na półmetku transformacji energetycznej – uważa Punktualny
Gdyby nie decyzje polityczne, poparte brakiem wiedzy, a niekiedy wręcz ideologią, nasza sytuacja energetyczna wyglądałaby dziś inaczej.
–
Zdjęcie tytułowe: Shutterstock/nblx

1 godzina temu
















