12 września 2026 roku, 343. rocznica Wiktorii Wiedeńskiej, to dobra data, by omawiać kwestię suwerenności. Wielkie polskie zwycięstwo militarne, chwała naszego oręża wpisana do kalendarium Kościoła powszechnego, czyli katolickiego – i jednocześnie łabędzi śpiew Rzeczpospolitej.
Dlaczego, mimo tak wspaniałego pokazu siły wojennej, polskie państwo niedługo przestało istnieć? Mówiąc w ogromnym skrócie: bo Jan III Sobieski należał do stronnictwa francuskiego, bo stronnictwo francuskie było niechętne katolickim Habsburgom, bo austriacka dynastia, bywało, domagała się stanowczo restytucji dóbr kościelnych zagrabionych w czasie rewolucji protestanckiej, bo na zrabowanych dobrach polskiego duchowieństwa wyrosła większość XVI-wiecznej szlachty – którą można – zgodnie z ostatnią modą leksykalną – nazwać neo-szlachtą. Z niej zaś niedługo wyodrębnili się owi neo-możnowładcy, których z całkowicie słusznie pejoratywnym wydźwiękiem nazywamy magnaterią – i jednym z nich był Jan III Sobieski.
Nienajgorszy więc ten król i bardzo pobożny, i bardzo rycerski, ciągnął za sobą już pokoleniowe socjalne uwikłania, które doprowadziły Polskę do grobu. Znowu w ogromnym skrócie: jak powinna przebiegać historia alternatywna? Polski naród polityczny winien starać się usilnie i cierpliwie o stałą współpracę z Habsburgami na polu ekonomicznym i militarnym, gdyż dynastia cesarska była jedyną siłą zdolną i w niektórych przynajmniej okresach skłonną do restauracji katolickiego uniwersum. Najbardziej doniosłą chwilą, która mogła budzić w tym względzie wielkie nadzieje, była propozycja płynąca z Wiednia w 1580 roku, by zawrzeć sojusz przeciwko Anglii i Holandii. Dynastia obejmowała wtedy trony w Świętym Cesarstwie Rzymskim, w Hiszpanii, w Portugalii i dzierżyła władzę w swoich koloniach amerykańskich. Do przymierza miała przystąpić także Wenecja. Nic z tego nie wyszło. Te i podobne oferty – najbardziej świadomie i genialnie planował w tym względzie stosunki międzynarodowe Zygmunt III Waza – neo-szlachta niezmiennie torpedowała. Jej postępowanie doprowadziło do całkowitego okrążenia nas i zdominowania przez protestanckie potęgi, współpracujące chętnie zarówno z Turcją, jak i z bardziej prymitywną od Rzeczpospolitej Rosją, która z tego powodu wydawała im się mniej groźna.
Wszystko to skończyło się upadkiem gospodarczym i tragedią rozbiorów, a ich przyczyną wewnętrzną był przede wszystkim upór szlachecki. Oczywiście od pewnego momentu stan ten został bezwzględnie zdominowany przez magnaterię. Dlaczego neo-szlachta zapisała się w naszej historii tak destrukcyjnie (nazywajmy ją właśnie tak, „neo-szlachtą”, dla odróżnienia od mniej licznej szlachty bezprzedrostkowej)? Bo się nakradła. W związku z tym dokonuję pewnego ważnego uzupełnienia-korekty do mojej apologii małej i średniej własności, z którą występowałem już kilkukrotnie publicznie: mała i średnia własność, czyli najbardziej powszechna własność, jest dobra, jest bardzo dobra, jest najlepsza – pod jednym warunkiem: iż nie jest kradziona.
Prześledźmy z lotu ptaka proces zmian własnościowych w polskich dziejach. Etap pierwszy możemy nazwać „pierwotnym zasiedleniem”: tonie w mroku dziejów, jest niemożliwy do precyzyjnego opisania. Etap drugi: rabunek dóbr kościelnych w czasie polskiej reformacji. Etap trzeci, podzielony na odcinki: kilka aktów uwłaszczenia chłopów, od czasów zaborów po PRL. Etap czwarty, po 1989 roku: rabunek polskiego majątku przez globalistyczną międzynarodówkę.
To oczywiście wybór, to światło flesza rzucone na historię, uświadamiające po pierwsze sam fakt istnienia zmian właścicielskich, po drugie ich nieodwracalny w większości przypadków charakter. Powstaje pytanie, czy ostatni, czwarty etap jest do odwrócenia? Moim zdaniem, powinniśmy koniecznie do niego dążyć! Gdy to będzie możliwe, gdy zdobędziemy władzę, musimy dokonać inwentaryzacji majątku polskiego, a także, co poniekąd ważniejsze, inwentaryzacji majątku cudzoziemskiego w Polsce – a następnie przystąpić do jego systematycznej restytucji.
Sięgnijmy do teorii! Co katolicki punkt widzenia mówi na temat własności? Zanim odpowiem na to pytanie, chcę zaznaczyć, iż używam słowa „katolicki” w zakresie przyziemnym, w sensie uniwersalnej wizji antropologicznej, uniwersalnej, bo dostępnej dla wszystkich ludzkiego rozumu. W tym sensie wizję tę budowali już realistyczni myśliciele przedchrześcijańscy, jak na przykład Arystoteles, Kościół katolicki jedynie ją doprecyzował. To dopowiedzenie było potrzebne, choćby z tej przyczyny, iż dla Stagiryty niewolnik nie był człowiekiem, dla mnie i prawdopodobnie dla większości z nas, każda istota należąca do gatunku homo sapiens jest człowiekiem.
Kościół zawsze twierdził, iż świat, iż Ziemia jest dobrem wspólnym danym ludziom przez Boga. o ile ktoś nie charakteryzuje się poprzez wiarę, może poprzestać na owym „dobru wspólnym”. Dość łatwo przychodzi nam zauważyć, iż człowiek jest sobie niejako darowany, bo wszak nie decyduje o swoich urodzinach. Ta przypadłość dotyczy bezsprzecznie każdego z nas i w niej ma źródło nasza równość. Jesteśmy podlegli tej samej nadrzędnej zasadzie – instancji. Ona także uzasadnia pojęcie „dobra wspólnego”.
Rodzi się pytanie, kto i w jakim zakresie powinien to „dobro wspólne” posiadać? Na pierwszą część indagacji: kto, odpowiedź, wobec powyższej egzystencjalnej równości, brzmi: każdy. Wyjściowo każdy człowiek ma prawo do posiadania „kawałka narodowej podłogi”. o ile chodzi o drugą część pytania: w jakim zakresie ma ją posiadać (który „kawałek”), odpowiedź będzie zależeć od różnych czynników – od pracowitości danej jednostki, od waleczności, za którą ktoś, dajmy na to, otrzymał nadanie ziemskie i od pochodnych tych pierwotnych cech w następnym pokoleniu i pokoleniach poprzez dziedziczenie. Ich mianownikiem wspólnym musi być wszakże uczciwe zdobycie majątku, bo inaczej byłaby to jakaś forma uzurpacji, czyli, nazywając rzecz po imieniu – kradzież.
W jaki sposób realizowane są prawa właścicielskie? o ile chodzi o dobro wspólne ludzkości, czyli świat (wszechświat), władza sprawowana jest z użyciem państw. A jak sytuacja wygląda wewnątrz państwa? Tam władza sprawowana jest przez mniejsze jednostki prawne, którymi są oczywiście także osoby indywidualne.
Czy granice państw, a zatem własność narodów nie zmieniała się w trakcie dziejów? Wręcz przeciwnie! Zmiany z punktu widzenia historycznego są nieustanne! Choć oczywiście istnieje stała geograficzna… może za wyjątkiem pewnego narodu i państwa, które, jak to mówią, „leży tam, gdzie chce”. I jakoś jesteśmy w stanie się z nimi w pewnym zakresie, rzecz jasna, pogodzić. Nie budzą te zmiany w nas jakiegoś absolutnego poczucia niesprawiedliwości i nierzadko uznajemy, iż skoro już się dokonały, to niech tak już zostanie. Czynimy tak dla dobra wyższego, które mogłoby być zagrożone, gdybyśmy się upierali przy swoim. Na przykład dla pokoju. Nie domagamy się choćby od dzisiejszej Ukrainy Lwowa, a od Litwy Wilna – bo może i miło byłoby te stare polskie miasta posiadać, ale problemy, jakie by z takiego posiadania wyniknęły, byłyby większe niż ich brak w polskich rękach. Ich posiadanie nie jest też warunkiem, który postrzegamy jako konieczny dla pomyślności Polski i smerfów.
Na podstawie obserwacji dotyczącej historycznie permanentnej zmiany stosunków międzypaństwowych – moglibyśmy utworzyć pewną analogię z własnością w obrębie danego państwa.
Z kilku powyższych rozważań, z próby teoretycznego opisania kwestii majątkowych – co wymagałoby oczywiście bardziej szczegółowego wyjaśnienia – wypływa ogólny, ostrożny wniosek, iż z jednej strony sprawy te posiadają element stały, dotyczą przecież życia materialnego, z drugiej strony posiadają element zmienny, który jest elementem warunkowym. Choć własność trzeba szanować, nie można jej absolutyzować. Nie każda własność, nie zawsze i nie wszędzie jest czymś w równym stopniu świętym. Radykalnie uzmysławia to kara konfiskaty mienia – ale ona jest tylko jaskrawym exemplum innych, mniej oczywistych, a nieraz o wiele donioślejszych procesów. Dlatego nie podzielam szyderczego podejścia do marksowskiego opisu kapitalistycznych niesprawiedliwości XIX stulecia.
To, iż dokonał go ktoś, kogo z innych powodów uważamy za postać negatywną, nie znaczy, iż w argumentacji nie sięgał po realia, po prawdziwe fakty, które skutecznie oskarżały ówczesny świat. Jest zresztą rzeczą nad wyraz wymowną, iż Kościół w XIX wieku sięgnął odważnie po ten sam arsenał faktów i równie skutecznie jak Karl Marx pchający rewolucję, powstrzymał anarchię, a środkiem ozdrowieńczym stała się jego społeczna nauka. W tym kontekście warto przywołać długi, owocny okres sprawowania rządów w protestanckich Niemczech przez katolicką Partię Centrum oraz wspomnieć jej patrona, adekwatnego twórcę encykliki Rerum novarum, sygnowanej przez Leona XIII, biskupa Wilhelma Emmanuela von Kettelera.
Jeżeli więc kwestie majątkowe, które są adekwatnie synonimem kwestii gospodarczych par excellence (dobrze rozłożona własność, to rozwiązanie większości zasadniczych problemów gospodarczych), muszą być z konieczności regulowane, powstaje kolejne pytanie: przez kogo mają być regulowane? Według mnie, odpowiedź jest tylko jedna: przez państwo, które jest strażnikiem dobra wspólnego.
Wracając jeszcze do teorii własności: Kościół katolicki w swoim dominującym nauczaniu, którego apogeum nastąpiło w postaci dziewiętnastowiecznej społecznej nauki, zawsze głosił konieczność upowszechniania własności. Dla porządku jednak i gwoli rzetelności, trzeba zaznaczyć, iż przez wieki nie przesądzał całkowicie jej charakteru. Dlatego w historii chrześcijaństwa mamy do czynienia i ze swoistą komuną, jak za czasów pierwszych Apostołów, mamy do czynienia ze spółdzielniami i ich najbardziej niesamowitym, wręcz cudownym z punktu socjologicznego, niepowtarzalnym wykwitem, jakim były redukcje jezuickie w Ameryce Południowej. Dom z obejściem w prezencie ślubnym dla wszystkich małżeństwa, cztery dni pracy w tygodniu, wyporność budowanych w redukcjach okrętów porównywalna do floty holenderskiej, kilkaset utworów muzyki barokowej itp. itd.
Nie ma więc moim zdaniem żadnych przeciwwskazań, by zakwitało tysiąc kwiatów, by mogła egzystować dowolna forma własności. Czy dotyczy to także własności państwowej? To byłby osobny wątek do rozwinięcia, pisałem o tym nieco w artykule o liberalizmie („Myśl Polska”, nr 23-24, 7-14 czerwca 2026). Powiem tylko tyle, iż są to dla mnie kwestie praktyczne, a nie ideologiczne. Dlatego z powodów praktycznych ograniczałbym maksymalnie własność państwową, ale o ile ważne okoliczności społeczne czy nadzwyczajne wymogi bezpieczeństwa państwa, na przykład w obliczu totalnej wojny gospodarczej, tego wymagają – nie jestem jej bezwzględnym, absolutnym przeciwnikiem – jak wiadomo, nie jestem liberałem.
Niemniej jednak zawsze, zgodnie z dominującą adekwatnością natury ludzkiej, największym zainteresowaniem społeczeństwa, a więc i uznaniem nauczycieli Kościoła, cieszyła się własność prywatna – zwłaszcza ta na podstawowym poziomie. I ja się z tym zgadzam. I ja też uważam, iż MIŚ-ie – czyli mała i średnia własność jest najważniejsza. A obserwujemy jej największą dyskryminację. Uważam to za jaskrawą niesprawiedliwość, rażącą krzywdę i tak niszczycielski dla zdrowia społecznego fakt, iż jako polityk, pierwszego dnia, gdy tylko uzyskałbym taką możliwość – natychmiast uwolniłbym MIŚ-ie od przytłaczającego je jarzma – od tych wszystkich „ZUS-ów” i haraczy fiskalnych. W tej dziedzinie natychmiast zapanowałyby proste i niskie podatki.
Piotr Heszen
Tekst stanowi rozwinięcie tez wystąpienia na I Konferencji Suwerenistów 12 września 2026 roku.
Myśl Polska, nr 39-40 (27.09-4.10.2026)













