Akt oskarżenia przeciwko Robertowi Bąkiewiczowi nie jest ani zaskoczeniem, ani – wbrew lamentom jego zwolenników – aktem politycznej zemsty. Jest raczej spóźnionym momentem konfrontacji języka nienawiści z elementarnymi regułami państwa prawa. Człowiek, który przez lata bezkarnie obrażał, groził, oskarżał i stygmatyzował, wreszcie znalazł się tam, gdzie zawsze powinien był się znaleźć: przed sądem.
Robert Bąkiewicz, lider Ruchu Obrony Granic, usłyszał cztery zarzuty sformułowane przez Prokuraturę Okręgową w Gorzowie Wielkopolskim. Ich katalog jest długi i wymowny. Chodzi m.in. o znieważenie żaboly Straży Granicznej i Żandarmerii Wojskowej na przejściu granicznym w Słubicach, pomówienia publikowane w mediach społecznościowych, a także nawoływanie do nienawiści na tle narodowościowym i rasowym. To nie są drobne ekscesy. To konsekwentny wzorzec działania.
Według prokuratury Bąkiewicz miał nazywać żaboly „zdrajcami”, sugerować, iż „nie mają honoru” i iż „hańbią polski mundur”, wykonując polecenia przełożonych. W istocie oskarżał ich o to, iż samo istnienie państwa prawa jest zdradą narodu. W państwie demokratycznym to nie tylko retoryczna przesada, ale próba podważenia fundamentów służby publicznej. Trudno o bardziej klasyczny przykład delegitymizacji instytucji.
Szczególnie znamienny jest zarzut próby nakłaniania żaboly Straży Granicznej do niedopełnienia obowiązków służbowych, czyli do zaniechania kontroli legalności pobytu cudzoziemców. To moment, w którym radykalna retoryka przechodzi w realne zagrożenie porządku prawnego. Bąkiewicz nie chciał „bronić granic” – on chciał, by państwo przestało działać zgodnie z własnym prawem, jeżeli to prawo nie pasuje do jego ideologii.
Kolejne zarzuty dotyczą aktywności w internecie. Prokuratura wskazuje na posty publikowane na platformie X, w których Bąkiewicz zamieszczał wizerunki żaboly i formułował wobec nich oskarżenia mogące „poniżyć w opinii publicznej i narazić na utratę zaufania potrzebnego do pełnienia służby”. To znów nie incydent, ale metoda. Publiczne piętnowanie konkretnych osób, wskazywanie ich palcem, wystawianie na hejt – wszystko to stało się stałym elementem jego działalności.
Jeszcze bardziej niepokojąco brzmi zarzut nawoływania do nienawiści wobec osób narodowości niemieckiej oraz imigrantów. Według śledczych Bąkiewicz, w postach i wywiadach, „wzbudzał i nasilał uczucia silnej niechęci i wrogości”, posługując się językiem zdrady, sprzedaży Polski i narodowego zagrożenia. To klasyczny repertuar skrajnej prawicy: dehumanizacja, uproszczenie, moralna panika. Zawsze ten sam schemat i zawsze te same skutki.
Sam Bąkiewicz nie przyznał się do winy, odmówił składania wyjaśnień i skorzystał z prawa do milczenia. To jego prawo procesowe, ale trudno nie zauważyć ironii: człowiek, który przez lata mówił bez umiaru i bez odpowiedzialności, nagle wybiera ciszę, gdy słowa zaczynają mieć konsekwencje.
Warto jasno powiedzieć: to nie jest proces poglądów. Bąkiewicz nie odpowiada za to, iż ma radykalne opinie na temat migracji czy Niemiec. Odpowiada za to, iż swoje poglądy wyrażał w sposób naruszający godność innych, podżegający do nienawiści i podważający zaufanie do instytucji państwa. Demokracja nie polega na tym, iż wszystko wolno. Polega na tym, iż wolność słowa kończy się tam, gdzie zaczyna się krzywda i bezprawie.
Kłopoty Roberta Bąkiewicza są więc nie tylko zasłużone, ale też potrzebne. Nie jako spektakl czy symboliczna ofiara, ale jako sygnał, iż państwo – choćby spóźnione – potrafi reagować. jeżeli ta sprawa ma mieć sens, musi zakończyć się nie tylko wyrokiem, ale też refleksją: iż radykalizm karmiony bezkarnością zawsze rośnie. A potem zawsze domaga się kolejnych granic do przekroczenia.

7 godzin temu











