Brniemy w elektroenergetyczną katastrofę! Ekspert mocno o planach piewców „zielonej transformacji”

8 godzin temu

Bez wątpienia brniemy w katastrofę w dziedzinie elektroenergetyki. Byłoby dużą przesadą stwierdzenie, iż w tej chwili elektroenergetyka jest wszystkim, ale bez elektroenergetyki wszystko staje się dosłownie niczym. W czasach nam współczesnych jesteśmy bez wątpienia o wiele bardziej zależni od dostaw energii elektrycznej niż było to jeszcze kilkadziesiąt lat temu – mówił dr inż. Mirosław Gajer w debacie na kanale Wolność i Własność.

Cały program można wysłuchać TUTAJ

Poniżej prezentujemy zapis fragmentu rozmowy:

Dr inż. Mirosław Gajer: Tutaj trzeba by było zacząć od tego, czym w ogóle jest system elektroenergetyczny, jak to wszystko działa, jakie tam zjawiska fizyczne zachodzą. Bez rozumienia tych rzeczy dyskusja po prostu jest jałowa, wydaje się, iż nie ma sensu. Najważniejszą rzeczą jest, iż system elektroenergetyczny musi pracować w sposób ciągły, w sposób nieprzerwany, więc u podstawy jego działania muszą znajdować się stabilne źródła energii.

Na chwilę obecną, takie stabilne źródła energii, to jest albo spalanie węgla kamiennego, brunatnego, albo spalanie węglowodorów, głównie gazu ziemnego, także może i oleju opałowego, chociaż jest to sprawa droga i raczej rzadka, no i ewentualnie może to być energia czerpana z rozpadu ciężkich jąder, pierwiastków promieniotwórczych w reaktorach atomowych. Niczego innego na razie nie wymyślono, a tak zwana kontrolowana synteza jądrowa, to jest sen dziecka, które swego czasu naczytało się w jakiejś literatury science fiction. Nie wiem, może za 100, za 200 lat… Trudno jest mi w ogóle się wypowiadać w tym temacie.

No i teraz tak, zapadła decyzja, iż z węglem się już na dobre żegnamy. W roku 2040, to już za niedługo, za kilkanaście lat, węgiel z polskiej elektroenergetyki ma zniknąć. Tylko nie powiedziano, iż jeżeli odchodzimy od węgla, to ku czemu zmierzamy? Czym ten węgiel zastąpić? Można węgiel teoretycznie zastąpić gazem ziemnym, tylko, iż jest to rozwiązanie jedynie połowiczne. Z tego względu, iż głównym składnikiem gazu ziemnego jest metan, wzór chemiczny CH4, więc podczas spalania metanu również emitowany jest ten dwutlenek węgla. O jego eliminację tutaj przecież chodzi. Jest go co prawda o połowę mniej, ale też będziemy przez cały czas musieli płacić te opłaty, podatki ETS za emisję dwutlenku węgla. No będzie tego tylko o połowę mniej.

No, ale dobrze, te nowe bloki gazowe trzeba byłoby wybudować. Pewne kroki są w tym kierunku czynione, na przykład w elektrowni Dolna Odra uruchomiono już dwa takie bloki gazowe. Budowany jest na terenie elektrowni Ostrołęka, w elektrowni Rybnik, ale to jest wszystko zbyt mało. Tutaj trzeba by było zainstalować aż kilkanaście gigawatów mocy w blokach gazowych, a w tej chwili mamy tam około pięciu gigawatów. Czy w tak krótkim czasie będziemy w stanie te bloki gazowe wybudować?

Poza tym inna sprawa, trzeba będzie zorganizować odpowiednie dostawy gazu. Skąd ten gaz brać? Tutaj jedynie drogą morską, budować nowe gazoporty, całą infrastrukturę przesyłową. To oczywiście nas bardzo uzależnia od importu tego surowca energetycznego i przerwania jakichś łańcuchów dostaw. A przecież to nie jest trudne coś takiego zrobić. Skoro wysadzono rurociąg Nord Stream, to dlaczego nie Baltic Pipe? Podobnie łatwo zamienić taki gazoport w płonącą pochodnie…

Każda elektrownia węglowa posiada spory zapas węgla. To są hałdy, które muszą zgromadzić tam zapas węgla, na przynajmniej 30 dni pracy takiej elektrowni. Natomiast elektrownie gazowe nie mają wielkich zbiorników gazu. Takie zbiorniki systemowe gdzieś istnieją, ale one mogą być oddalone choćby o kilkaset kilometrów, więc przerwanie rurociągu spowoduje, iż taka elektrownia gazowa stanie.

Uratują nas wiatr i fotowoltaika?

Dr inż. Mirosław Gajer: Niestety, o ile chodzi o fotowoltaikę, to zapominamy na jakiej szerokości geograficznej jest położona Polska. Na południe od Krakowa przebiega 50. równoleżnik Warszawa, 52. Gdańsk, 54. Są to wysokie szerokości geograficzne, nam znacznie bliżej do bieguna, do koła podbiegunowego niż do równika. Wydajność instalacji fotowoltaicznych jest na tak wysokiej szerokości geograficznej bardzo niska. Wykorzystujemy zaledwie około 9% mocy zainstalowanej.

Proszę sobie wyobrazić, kupujemy taki panel fotowoltaiczny, który ma moc szczytową 1000 W przy maksymalnym oświetleniu, a skutek jest taki, jakbyśmy mieli źródło o mocy zaledwie 90 W, ale działające z tą mocą przez cały okrągły rok. Też takim podstawowym wskaźnikiem wykorzystywanym w energetyce jest tak zwany EROI, Energy Return On Invested. Czyli ile energii dostajemy z powrotem z inwestycji. Czyli powiedzmy w cały interes wkładamy na przykład jedną megawatogodzinę, to ile megawatogodzin nam zwróci takie źródło energii. I niestety dla fotowoltaiki ten wynik jest fatalny. W najlepszym przypadku dla ogniwa polikrystalicznego zamocowanego na dachu budynku, ten wskaźnik wynosi 4. Ale gdzie wynosi 4? Badania przeprowadzano dla Bawarii. Przez Monachium przechodzi 48 równoleżnik, no my jesteśmy dalej. Gdańsk jest 54, to już 6 stopni kątowych mniej. No więc u nas to będzie jedynie około 3. Czyli przez cały czas swojego życia, to jest 20-25 lat takiej instalacji fotowoltaicznej, ona zwraca jedynie trzykrotność energii, która została wykorzystana do jej wytworzenia.

(…)
Generalnie z wiatrakami jest ten problem, o tym też się nie mówi, iż mamy do czynienia z sześcienną zależnością mocy siłowni wiatrowej od prędkości wiatru. Ponieważ energia kinetyczna gnanych wiatrem mas powietrza zależy właśnie od trzeciej potęgi prędkości wiatru. Jest to bardzo silna zależność. Co to oznacza ta sześcienna zależność? Dwukrotne zwiększenie prędkości wiatru, ośmiokrotne zwiększenie mocy siłowni wiatrowej. Trzykrotne zwiększenie prędkości wiatru, aż dwudziestosiedmiokrotne zwiększenie prędkości mocy siłowni wiatrowej.

Ale przez jakieś osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt procent czasu te wiatraki kręcą się ledwo, ledwo. One dają około dziesięciu procent mocy w nich zainstalowanej. Jak wiatrak ma powiedzmy dwa megawaty, to generuje powiedzmy dwieście kilowatów, albo choćby i mniej. No i jedynie przez kilkadziesiąt dni w roku pojawia się nadmiar tej energii, bo nagle te wiatraki kręcą się jak szalone. Zresztą, jak prędkość wiatru jest zbyt duża, to i tak trzeba je odstawiać z ruchu, bo to grozi wpadnięciem takiego wiatraka w tak zwane nadobroty i to się może skończyć pożarem generatora, a choćby oderwaniem przez siły odśrodkowe łopat wirnika, czy w skrajnym przypadku choćby i złamaniem masztu takiego wiatraka, do takich incydentów od czasu do czasu zresztą dochodzi.
(…)
Obecnie fotowoltaika i wiatraki generują powiedzmy tam dwadzieścia pięć procent wytwarzanej w Polsce energii elektrycznej. Przekroczenie tej wartości, powiedzmy trzydziestu procent, będzie bardzo trudne, bo to wymagałoby rozwiązania problemu wielkoskalowego magazynowania energii elektrycznej. Jest to problem nierozwiązywalny. Tutaj wszyscy podnoszą takie hasło: wielkoskalowe magazynowanie energii elektrycznej. Niestety osoby takie prawdopodobnie nie rozróżniają mocy od energii i nie mają większego pojęcia o rzędach wielkości jednostek fizycznych, które występują w elektroenergetyce.

W szczycie zimowym dobowe zapotrzebowanie na energię elektryczną w krajowym systemie elektroenergetycznym sięga sześciuset gigawatogodzin. Natomiast jeden z największych magazynów energii jakim jest elektrownia szczytowo-pompowa Porąbka-Żar pozwala na zmagazynowanie jedynie dwóch gigawatogodzin. Czyli, proszę zobaczyć, gdyby przez całą dobę to wszystko miało bazować jedynie na magazynach energii, no bo w zimie słońca w grudniu praktycznie nie ma, a wiatr też może nie wiać, bo nasunie się tak zwany zgniły wyż, to w języku niemieckim jest taki rzeczownik „Dunkelflaute”, ciemna flauta. Przez kilka dni wiatru może praktycznie nie być.

Gdybyśmy przez dobę mieli bazować tylko na takich magazynach, potrzebujemy sześciuset gigawatogodzin, to takich elektrowni szczytowo-pompowych jak Porąbka-Żar potrzebowalibyśmy ich ponad trzysta! Jest to wielkość niewyobrażalna!

Zobacz cały program:

Idź do oryginalnego materiału