„Abortomat” pod oknami Sejmu. Pomocnictwo w aborcji przeszło na samoobsługę

1 godzina temu

Wpisujesz kod PIN, otwiera się skrytka, wyjmujesz tabletki poronne i wychodzisz. Bez kolejki, bez rozmowy, bez świadków. Tak według aborcjonistek z Aborcyjnego Dream Teamu ma wyglądać „nowoczesna opieka aborcyjna”. Swój „abortomat”, reklamowany jako pierwszy taki automat na świecie, postawiły przy ul. Wiejskiej 9, dokładnie naprzeciwko Sejmu. Trudno o bardziej bezczelną demonstrację tego, iż polskie prawo traktują co najwyżej jak zbędną dekorację.

Paczkomat, tylko z innym „towarem”

Urządzenie ruszyło 29 września w lokalu Abotak, który jego właścicielki szumnie nazywają pierwszą przychodnią aborcyjną w Polsce. Zasada działania jest banalna: najpierw kontakt online, potem kod, a na końcu jedna z 22 skrytek, w której czeka przygotowany zestaw mifepristonu i misoprostolu. Twórczynie nie kryją dumy, iż wreszcie „wprowadziły aborcję w XXI wiek”, a cały proces porównują do… zamawiania jedzenia czy przejazdu przez aplikację.

I właśnie w tym porównaniu tkwi sedno problemu. Paczkomat kojarzy się z książkami, ubraniami czy innymi codziennymi sprawunkami kupowanymi online – z rzeczami, po które sięgamy bez namysłu. Aborcjonistki najwyraźniej dążą do tego, żebyśmy z taką samą „zwyczajnością” kojarzyli zakończenie życia dziecka. Ma być szybko, wygodnie i bez zbędnych pytań. Zwłaszcza bez pytania o to, kto jest w tej historii drugą stroną. W żadnej z ich kolorowych zapowiedzi nie pada przecież słowo „dziecko”. Jest „ciąża”, są „leki”, jest „opieka”. Tymczasem za każdą otwartą skrytką stoi konkretny człowiek, którego życie ma się skończyć, zanim ktokolwiek zobaczy jego twarz.

Pomocnictwo? Ależ skąd, to tylko automat

Przypomnijmy rzecz podstawową, o której organizatorki wolałyby, żebyśmy zapomnieli: art. 152 § 2 Kodeksu karnego przewiduje do 3 lat więzienia dla wszystkich, kto udziela kobiecie ciężarnej pomocy w przerwaniu ciąży z naruszeniem ustawy lub ją do tego nakłania. Przepis nie zniknął, nie został zawieszony ani złagodzony.

Aktywistki uznały jednak, iż znalazły furtkę. Skoro tabletek nikt nie podaje „z ręki do ręki”, a kobieta odbiera je sama, to ich zdaniem nie ma o czym mówić. To logika kogoś, kto zostawia nielegalny towar w skrytce zamiast sprzedawać go na ulicy i przekonuje, iż przecież z nikim się nie spotkał. Ktoś jednak prowadzi konsultacje, ktoś kompletuje zestawy, ktoś uzupełnia skrytki, ktoś wysyła kody i ktoś wynajmuje lokal przy Wiejskiej. Pomocnictwo nie przestaje być pomocnictwem tylko dlatego, iż między pomagającym a kobietą stanęły metalowe drzwiczki.

Wymowne jest zresztą to, jak same twórczynie odpowiadają na pytanie o legalność. Zamiast jasnego „tak” dostajemy zgrabną wymówkę o „pilnej potrzebie”, współpracy z prawnikami i o tym, iż to państwo jest prawdziwym zagrożeniem. Kto jest pewien, iż działa zgodnie z prawem, nie potrzebuje aż tylu słów.

Bez lekarza, bez pytań

Organizatorki chwalą się, iż przy abortomacie nie ma poczekalni, ochroniarza ani zbędnych wyjaśnień. Nie ma też wymogu obywatelstwa ani weryfikacji miejsca zamieszkania – wystarczy dojechać na Wiejską. Podstawą jest dyskrecja i szybki dostęp. Brzmi jak hasło reklamowe, ale warto się zastanowić, co to oznacza w praktyce.

Automat przedstawiany jest jako ratunek m.in. dla kobiet żyjących z przemocowym partnerem, który kontroluje ich telefon i skrzynkę pocztową. Tyle iż ta sama anonimowość działa w obie strony. Skrytka nie sprawdzi, czy kobieta przyszła sama, czy ktoś stoi za jej plecami i naciska, żeby „problem” zniknął. Nie dostrzeże przymusu, nie zada pytania, nie zaproponuje innej pomocy niż tabletki. Automat nie pyta o nic – i to ma być jego największa zaleta.

Do tego dochodzi kwestia zdrowia. Aktywistki powołują się na WHO i zapewniają, iż do każdego pakietu dołączona jest instrukcja, a zespół „aborcyjnych przyjaciółek” online czuwa przed, w trakcie i po. Innymi słowy: lekarza nie ma, jest czat. Odpowiedzialność za ewentualne powikłania spada na kobietę, która zostaje z tabletkami, kartką papieru i nadzieją, iż wszystko pójdzie zgodnie z planem.

Wiejska 9 – adres nieprzypadkowy

Lokalizacja to manifest. Organizatorki mówią otwarcie, iż abortomat stoi naprzeciwko polityków, którzy latami ograniczali dostęp do aborcji, i iż nie zamierzają czekać na pozwolenie. Tłumacząc z aktywistycznego na polski: wiemy, iż nasze działania budzą poważne wątpliwości prawne, ale robimy to pod oknami parlamentu, bo jesteśmy pewne, iż nic nam się nie stanie. Jak zwykle, bezczelnie.

Trudno się dziwić tej pewności siebie. Obecna koalicja rządząca szła do wyborów z obietnicą liberalizacji prawa aborcyjnego, a środowiska proaborcyjne od dawna mogą liczyć w jej szeregach na życzliwość. Ustawy nie zmieniono, ale – jak widać – nie przeszkadza to działać tak, jakby już jej nie było. Milczenie władzy wobec otwartego łamania prawa pod budynkiem, w którym to prawo się stanowi, jest w gruncie rzeczy cichym przyzwoleniem. o ile prokuratura nie zainteresuje się automatem, który publicznie, pod znanym adresem, wydaje środki poronne, art. 152 po raz kolejny okaże się martwą literą.

Aktywistki chętnie przywołują sprawę Justyny Wydrzyńskiej, skazanej w 2023 roku za przekazanie tabletek poronnych, jako dowód „prześladowań”. A przecież pokazała ona coś zupełnie odwrotnego – iż państwo, postawione pod ścianą, wolało zamknąć sprawę łagodnym wyrokiem, niż realnie egzekwować przepisy. Abortomat jest naturalną konsekwencją tej pobłażliwości.

130 dziennie

Women Help Women i Aborcyjny Dream Team same chwalą się, iż ich sieć „zapewnia” w Polsce około 130 aborcji dziennie. Mówią o tym jak o sukcesie logistycznym. W rzeczywistości to 130 dzieci każdego dnia – i infrastruktura budowana przez dekadę po to, by ta liczba rosła. Abortomat ma ją tylko przyspieszyć, a organizatorki już zapowiadają kolejne urządzenia w innych miastach.

Kobieta w trudnej, nieplanowanej ciąży potrzebuje człowieka, który jej wysłucha, wspomoże psychicznie albo finansowo, zaoferuje dach nad głową, opiekę medyczną i realną perspektywę. Takie miejsca istnieją – od domów samotnej matki po poradnie i fundacje wspierające rodziców. I chociaż to przecież aborcjonistki krzyczą od lat o „wyborze”, abortomat nie oferuje niczego z tych rzeczy. Oferuje kod PIN i drzwiczki, które zatrzaskują się za kobietą, zostawiając ją samą z konsekwencjami. Nazywanie tego „opieką” to chyba największy eufemizm tego roku.

Aleksandra Gajek

Fot. Martyna Adamska / WHW i ABOTAK, CC BY 4.0

Idź do oryginalnego materiału